Batman: The Caped Crusader

Dodano: 13 lutego 2019

[Głosów: 3]

Podobno recenzje powinny być obiektywne, pozbawione ładunku emocji – niczym wzorcowe dziennikarstwo fachmanów z gazet wybiórczych i bliskim im ideologicznie telewizji całodobowych. W tym przypadku jednak się nie da, ba, nawet wcale nie chcę, by się dało. Dlatego, że mam do Jima Starlina cholerny sentyment, o czym słów kilka w dalszej części tekstu.

Wreszcie, po latach, doczekaliśmy się reedycji klasycznych opowieści z lat 1988-1989 napisanych przez tego uznanego scenarzystę i rysownika, twórcę marvelowskiego arcyłotra Thanosa. Niestety, nie jest wiedzą powszechną, że artysta ten pracował swego czasu nad przygodami naszego ulubionego Mrocznego Rycerza i – moim zdaniem – dorzucił do jego legendy kilka kamieni milowych od siebie. Dziś już niesłusznie zapomnianych.

The Caped Crusader

Wszystko zaczęło się od znakomitego komiksu „Batman: The Cult” napisanego właśnie przez Starlina, a narysowanego przez kultowego rysownika Berniego Wrightsona, znajdującego się wówczas na absolutnych wyżynach swoich artystycznych możliwości. Historia ta (zasługująca zresztą na osobny artykuł) miała z założenia zdyskontować komercyjny i artystyczny sukces „Powrotu Mrocznego Rycerza” Franka Millera, Klausa Jansona i Lynn Varley. Identyczny format – cztery zeszyty po czterdzieści osiem stron, a do tego tematyka wybitnie odstająca od dziewięćdziesięciu pięciu procent tego, co wówczas miały do zaoferowania DC Comics czy Marvel Comics. Nie powstało co prawda dzieło tak wiekopomne jak opus magnum Millera, ale i tak czytelnicy otrzymali kawał znakomitego komiksu.

Już w „The Cult” Starlin pokazał, że chce z Batmanem zrobić coś innego, coś swojego. W Gotham City pojawia się kaznodzieja Deacon Blackfire, który pod pozorami krucjaty odnowy moralnej realizuje swój własny diaboliczny plan. Mami opinię publiczną miłością bliźniego, jednocześnie w kanałach ściekowych gromadząc prywatną armię złożoną z bezdomnych i przedstawicieli kryminalnego światka (w każdym razie z tych, którzy przeżyli i złożyli mu hołd). Gdy nadejdzie czas, Blackfire wykorzysta swoją armię, aby przejąć władzę w mieście, likwidując lokalnych oficjeli i ustanawiając coś w stylu stanu wyjątkowego. Jego plany ostatecznie pokrzyżują oczywiście Batman i Robin, ale ten pierwszy zapłaci za to wysoką cenę. Po raz pierwszy w swoim życiu zostanie pokonany zarówno fizycznie, jak i psychicznie – i to wcale nie przez jednego ze swoich odwiecznych wrogów, a przez, wydawałoby się, zwykłego człowieka potrafiącego jednak skutecznie mieszać ludziom w głowach.

„The Cult” było skierowane do dojrzalszego, bardziej wyrobionego czytelnika, ale dużo z atmosfery tej opowieści, tematyki cięższego klimatu, Starlin postanowił przemycić do miesięcznika „Batman”, którego prowadzenie powierzyło mu DC Comics. Zamiast kolejnych widowiskowych potyczek z mniej lub bardziej kuriozalnymi przeciwnikami, amerykański scenarzysta postawił na klimaty uliczne, mocno osadzone w ówczesnej rzeczywistości, otaczającej tak go, jak i czytelników przygód Nietoperza.

I dzięki temu, oprócz wymuszonego udziałem serii w crossoverze „Millenium” (który z wiadomych względów lepiej pominąć milczeniem), dzięki prowadzeniu tytułu przez Starlina, otrzymaliśmy kilka dobrych, bardzo dobrych i znakomitych historii.

„Ten Nights of the Beast” to opowieść w klimacie zimnowojennym, ale już okresu odwilży w relacjach USA-ZSRR. Oczywiście po obu stronach konfliktu byli niezadowoleni – ci, którym zależało, aby zagrożenie cały czas było na odpowiednim poziomie, a świat żył w strachu przed tym, kto pierwszy wciśnie mityczny czerwony guzik i odpali pociski z ładunkami nuklearnymi. O tym też jest ta historia, w której radzieccy renegaci, wbrew polityce prowadzonej przez Gorbaczowa, wysyłają do Stanów swojego najlepszego zabójcę, czyli niejakiego KGBeast, faceta, który żeby wykonać zadanie posunie się do niemożliwego. Anatoly Knyazev (bo tak nazywa się zamaskowany kiler) przekracza amerykańską granicę i szybko zaczyna realizację swojej misji – likwidację kluczowych postaci w politycznym światku USA. Kto będzie jego ostatnim celem możecie się sami domyśleć. A raczej kto nim by się stał, gdyby nie pewien Najświetniejszy Światowy Detektyw.

Po latach możemy podśmiewać się z niektórych motywów czy obserwacji politycznych scenarzysty, ale pucz Janajewa z 1991 roku pokazał, że to, co Starlin sygnalizował w iście komiksowy sposób w „Ten Nights of the Beast”, nie było wcale dalekie od prawdy. Kto wie, może gdyby Rosjanie mieli rzeczywiście na liście płac takiego zawodnika jak KGBeast, dzisiejszy świat wyglądałby inaczej?

Poza raczej nietypowymi (dla opowieści o Batmanie) klimatami politycznymi, historia ta przeszła do historii dzięki finałowi. Otóż Batman wiedząc, że nie jest w stanie pokonać Knyazeva, zwabia go w końcu pułapkę i pozostawia uwięzionego na… pewną śmierć głodową. Co jakiś czas, w ograniczonym gronie akolitów Starlina i tych fanów Batmana, którzy pamiętają „Ten Nights of the Beast”, wybucha dyskusja – czy Mroczny Rycerz rzeczywiście mógł się posunąć do takiego rozwiązania? A jeśli tak – dlaczego po prostu nie zabił Knyazeva? Czy był hipokrytą, który nie chciał brudzić rąk? A może raczej tym, który musiał podjąć bezlitosną decyzję dla większego dobra i aby ukarać mordercę, tak jak na to zasługiwał? Scenarzysta nigdy nie odniósł się do zakończenia tej historii, pozostawiając jego odbiór czytelnikom. Oczywiście w sukurs przyszło wydawnictwo i za pośrednictwem Marva Wolfmana wyjaśniło moralnie ambiwalentny finał. Osobiście wolę jednak  przewrotność Starlina i to niedopowiedzenie; wolę wierzyć, że Batman przyparty do muru zachowałby się jak człowiek, widząc zło ostateczne potraktowałby je tak, jak na to zasłużyło.

Całość narysował Jim Aparo i pomimo całego szacunku do jego wkładu w historię Mrocznego Rycerza oprawa graficzna nie porywa. Jest prosto, schematycznie, kompozycja kadrów i plansz jest zwyczajnie słaba, a wymiana ciosów między postaciami charakterystycznie dla Aparo przypomina minieksplozje, co przy całej umowności komiksowej estetyki – jak dla mnie – jest nieporozumieniem totalnym.        

„Ten Nights of the Beast” okazało się jednakże sukcesem, a KGBeast postacią na tyle nośną (dorobił się nawet swoistej podróby w postaci NKVDemona), że funkcjonuje w popkulturze do dziś. W czasie kultowego „No Man’s Land” współpracował z Batmanem, potem m.in. zginął i został ożywiony, a niedawno – w ramach DC Rebirth znany po prostu jako The Beast – postrzelił Dicka Graysona w głowę. Sięgnął po tę postać nawet Zack Snyder robiąc z Knyazeva prawą rękę Leksa Luthora w „Batman v Superman: Dawn of Justice” – i co tu dużo mówić, grający go Callan Mulvey wypadł w tej roli znakomicie.

O „The Diplomat’s Son” (swego czasu zeszyt ten zajął 28. pozycję na liście „100 Best Single Issue Comics Since You Were Born” magazynu „Wizard”)  i „Consequences” pisałem już dla „Gotham w deszczu” tutaj, i nie ukrywam, że dla mnie to nadal absolutna pierwsza liga opowieści o Batmanie.

„The Caped Crusader Vol. 1” nie zawiera opowieści „A Death in the Family”, zapewne ze względu na to, że ta historia była już kilka razy wznawiana – niemniej jest to rozwiązanie absurdalne. To domknięcie runu Starlina i jako takie powinno zostać powtórzone w ramach tej kolekcji, zwłaszcza że zawarto w niej swoisty epilog tej historii w postaci znakomitej opowieści „Fatal Wish”, która opowiada zarówno o potyczce Nietoperza z desperatem strzelającym do niewinnych ludzi, jak i próbie pogodzenia się ze śmiercią Jasona Todda. Przejmujący zeszyt, z – trafiającym w punkt – emocjonalnym końcem, niestety narysowany przez Aparo, który wyraźnie nie potrafił oddać od strony plastycznej finezji scenariusza napisanego przez Starlina.

Całość kończy przedruk numeru 431., czyli historii „The Wall” Jamesa Owsleya (alias Christophera Priesta znanego choćby z „Black Panther”) i Jima Aparo, o potyczce Batmana z oddziałem Ligi Zabójców, wytrenowanym przez tego samego mistrza sztuk walki, który szkolił Wayne’a. Dlaczego umieszczono tę słabiznę w tym tomie nie mam najmniejszego pojęcia – zwłaszcza że w kolejnym zbiorze „The Caped Crusader” znajdzie się więcej historii napisanych przez Owsleya/Priesta.

I w ten właśnie sposób cofamy się do prawdziwych rarytasów w opisywanej kolekcji, a mianowicie trzyzeszytowej historii („Victims!”, „Elmore’s Lady”, „Just Desserts”) określanej przez fanów nieoficjalnym tytułem „Dumpster Killers” oraz rewelacyjnego „You Shoulda Seen Him…”

„Dumpster Killers” jest komiksowym majstersztykiem, najlepszym, co Starlin napisał o Batmanie. To rasowy thriller, w którym Bruce Wayne wykonuje prawdziwą detektywistyczną robotę (czyli to, o czym redaktorzy i kolejni scenarzyści pracujący obecnie dla DC Comics wydają się zapominać), aby dopaść zabójcę swojej przyjaciółki. Szybko okazuje się, że dziewczyna nie była pierwszą ofiarą zabójcy i w ogóle prawie nic w tym śledztwie nie jest tym, czym się z początku wydawało. O tej perełce pisałem już w siedemdziesiątym czwartym numerze magazynu KZ, ale dobrych słów o bardzo dobrych komiksach nigdy za wiele, więc jeśli jeszcze się zastanawiacie, czy sięgnąć po „The Caped Crusader Vol. 1” to zalecenie ministerstwa zdrowia psychicznego i dobrego samopoczucia byłoby jedno: NIE WAHAJCIE SIĘ! Te trzy zeszyty, z których tylko jeden narysował Jim Aparo, a pozostałe rewelacyjni Dick Giordano i Mark Bright, to (podobnie jak „The Diplomat’s Son”) absolutna klasyka nietoperzowej bibliografii. A wątek z bezdomnym Elmorem szokuje i wzrusza jednocześnie, udowadniając, że Jim Starlin potrafi być scenarzystą wybitnym.

Ale, oczywiście, to wszystko byłoby zbyt piękne, więc tandeciarze z DC Comics musieli nas czymś zaskoczyć! Otóż pierwsza część „Dumpster Killers” ukazała się w numerze 414. serii „Batman”, druga i trzecia odpowiednio w numerach 421. i 422. Co spowodowało tę przerwę sprzed lat pozostaje niewiadomą (osobiście podejrzewam kontrowersyjną tematykę) – po dziś dzień jest to sytuacja niecodzienna, żeby w miesięczniku kolejne epizody tej samej historii były rozdzielane. Jakiekolwiek jednak nie byłyby przyczyny dziwnych decyzji sprzed lat, wydawca przygotowując „The Caped Crusader Vol. 1” pominął numer 414. Tak po prostu. Popis absolutnej edytorskiej niekompetencji.          

Niesmaku nie jest nawet w stanie przykryć jednozeszytowa opowieść „You Shoulda Seen Him…” (narysowana znakomicie przez Dave’a Cockruma), skonstruowana na bazie rozmowy gothamskich policjantów, z których każdy postrzega Mrocznego Rycerza inaczej. To bardzo sentymentalna historia, ale bez fałszywych nut, chwytająca za serce i pokazująca Batmana jako dobrego człowieka, zanim kilkanaście lat później przerobiono go na aroganckiego bufona, z którym to wizerunkiem obcujemy po dzień dzisiejszy.

Skąd więc sentyment, o którym pisałem na początku artykułu? Otóż właśnie „Dumpster Killers” i „You Shoulda Seen Him…” były odpowiednio drugą i trzecią historią o Batmanie (tą pierwszą była „Faces” Jamesa Owsleya i Michaela Baira z „Batman Annual” nr 13), które trafiły w 1990 roku w ręce trzynastoletniego wówczas autora tego tekstu. Nie da się ukryć, że to właśnie te komiksy wydane na niemiecki rynek przez oficynę o nazwie Hethke Comics, w połączeniu z „Batman” Tima Burtona, spowodowały, że Nietoperz (razem z Punisherem) pozostają dla mnie najświetniejszymi postaciami popkultury ever.

Zbiór „The Caped Crusader Vol. 1” uzupełnia przedruk „Batman Annual” nr 12 z 1988 r., historia pod tytułem „Slade’s Demon” napisana przez Mike’a Barona, znanego w Polsce z „Punishera”, a narysowana przez Rossa Andru (czyli faceta, który jako pierwszy narysował Franka Castle!). Niestety, ten w części kryminał, w części horror nie pozostaje na dłużej w pamięci i daleko mu do finezji chociażby sagi „Punisher: Kingpin Rules” Barona i Portacio. Choć, aby być uczciwym, to przy wszystkich mankamentach tej opowieści jest ona i tak ciekawsza od tego, co wyciskają z siebie tacy twórcy jak choćby Tynion IV, a jej oldschoolowy klimat w typie kojarzonym z filmami Hammera bardziej przystaje do Nietoperza niż wszystkie bombastyczne brednie, którymi od lat epatuje DC Comics.

„Annual” z 1988 r. zawierał również historię „The Back-Up”, w której Jason Todd odkrywa, że jego koledzy ze szkoły wykorzystują komputery do fałszowania swoich ocen. Ten fabularny potworek został narysowany przez Norma Breyfogle’a i – niestety – umieszczono go również w kompilacji. 

Tak więc przy wszystkich mankamentach (brak historii o śmierci Jasona Todda, pominięcie pierwszej części „Dumpster Killers”) opisywana tu kolekcja to jednak rarytas dla tych, którzy czują się zmęczeni bredniami generowanymi przez Toma Kinga, Tyniona IV czy wcześniej Scotta Snydera. Batman w wersji Jima Starlina to człowiek w stroju nietoperza, a nie arogancki półbóg; znakomity detektyw, a nie superbohater konkurujący z Supermanem czy Green Lanternem; to w końcu postać, którą po prostu da się lubić – bo czytelnik czytając te komiksy jest w stanie wczuć się w sytuację Bruce’a Wayne’a.

Starlin idealnie oddaje klimat lat osiemdziesiątych, bo nawet pisząc komiks o mężczyźnie walczącym z przestępczością w stroju nietoperza dba o realizm opowieści. Szczególnie odczuwa się to w historii „Dumpster Killers”, dzięki której umowność postaci Batmana i Robina zostaje odsunięta na drugi plan – na pierwszym jest śledztwo prowadzone przez Wayne’a i ówczesne Stany Zjednoczone, które stają się coraz bardziej przerażającym krajem.

Okładkę zbioru zdobi rysunek Todda McFarlane’a, jedna z niewielu prac, które robił dla DC Comics (współtworzył „Batman: Year Two”). Bombastyczna jak jej twórca, przy wszystkich swoich brakach, przywołuje moje miłe wspomnienia z sierpnia 1990 roku, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Wtedy, gdy byłem dzieciakiem, gdy życie było prostsze, gdy Polska przechodziła transformację, a w telewizji puszczano reklamy burtonowskiego filmu o Nietoperzu, który miał mieć polską premierę we wrześniu tego samego roku (czyli ponad piętnaście miesięcy po amerykańskiej premierze!). Wtedy, gdy opowieści o Batmanie były czymś więcej niż maszynką do robienia pieniędzy. I nawet jeśli DC Comics miało na tę sprawę podobne zapatrywania jak obecnie, dzięki swojej niesamowitej wyobraźni Jim Starlin zapewnił nam coś więcej. Warto się o tym przekonać na własne oczy.

Recenzję napisał Łukasz Chmielewski, o którym więcej przeczytacie tutaj.

Korekta: Aleksandra Wucka.

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa DC Comics oraz księgarni Jak wam się podoba / As You Like it za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tytuł komiksu: Batman: The Caped Crusader Vol. 1

Scenariusz: Jim Starlin, Mike Baron i inni

Rysunki: Jim Aparo, Dick Giordano, Mark Bright, Dave Cockrum, Ross Andru i inni

Inker: Mike DeCarlo i inni

Wydawca: DC Comics

Format: 17 x 26 cm

Druk: kolorowy

Ilość stron: 320

Data publikacji: 2018

Cena: 29,99 $

Oceń wpis:
[Głosów: 3]
Batman: The Caped Crusader written by Chudyśrednia ocen5/5 - 3oceny użytkowników