Harley Quinn. Preludia i fantazje

Dodano: 9 marca 2018

[Głosów: 0]

W TYM SZALEŃSTWIE JEST METODA

Harley Quinn to nie tylko jedna z najciekawszych kobiecych postaci w historii komiksu, to także bohaterka będąca doskonałym przykładem na to, jak różne rodzaje mediów przenikają się wzajemnie. Bo przecież pomocnica Jokera nie zadebiutowała jako postać komiksowa. Po raz pierwszy pojawiła się w animowanym serialu telewizyjnym Batman, w roku 1992, jako autorska kreacja Paula Diniego i Bruce’a Timma. Wkrótce jednak zdobyła taką popularność, że została przeniesiona najpierw na karty komiksów będących rozwinięciem serialu, a potem także włączona do kanonu Człowieka Nietoperza i pozostaje w nim do dziś. Z czasem Harley otrzymała też własną serię; obecnie na rynku (również polskim) w ramach DC Odrodzenie ukazuje się trzeci volume jej przygód. W tym tomie powrócono jednak do samych początków papierowych przygód niepokornej bohaterki, oferując nam jej komiksowy debiut oraz pierwsze siedem zeszytów regularnego cyklu z nią w roli głównej. Na miłośników Harley Quinn czeka więc nie lada gratka, pytanie tylko, czy dostatecznie udana, by ich zadowolić.

Psychiatra, która dała uwieść się złu? A może hybristofilka pełna najróżniejszych zaburzeń psychicznych, które tłumiła w sobie do momentu, w którym dały o sobie znać i raz na zawsze sprowadziły ją z drogi prawości? Kiedy Harley debiutowała przed ćwierćwieczem w animowanym serialu telewizyjnym, miała być tylko jednorazowym dodatkiem do Jokera; jego pomocnicą przy tej jednej, konkretnej misji. Nie miała więc ani rozbudowanej historii, ani bardzo skomplikowanej osobowości. Była barwna, szalona i wyróżniała się na tle kobiecych postaci, wpadała w oko widzom, więc Paul Dini musiał wprowadzić ją do serii na dłużej. Już wtedy zaczęło się odcinanie Quinn od postaci Jokera i budowanie autonomii postaci. Jednocześnie wprowadzono wątek jej przyjaźni z Poison Ivy i w tym momencie Harley powoli wychodziła poza telewizyjny ekran i ożywała na papierze.

Jej komiksowy debiut, zawarty w formie dodatku w tym tomie, nastąpił we wrześniu 1993 roku na łamach serii The Batman Adventures #12. Fabuła, jak na dodatek do serialu przystało, nie była zbyt skomplikowana. Ot, Harley łączy siły z Poison Ivy i robi rozróbę na przyjęciu, na którym jest Barbara Gordon / Batgirl. W tej prostej, cartoonowo zilustrowanej opowiastce nie pojawia się nawet Batman. Całość jest lekka, bardzo przystępna w odbiorze i niczym niewyróżniająca się na tle podobnych dzieł; jednak debiut bohaterki został odnotowany i od tej pory zdobywać mogła kolejne media i kolejne szczyty popularności.

W roku 1994 Paul Dini zdecydował się w końcu opowiedzieć genezę Harley Quinn, i tak zrodził się album Mad Love, utrzymany w klimatach serialu, ale o wiele poważniejszy niż inne historyjki z cyklu The Batman Adventures (nie przypadkiem zresztą zdobył Nagrodę Eisnera dla najlepszego one-shota). Rzecz traktowała o dr Harleen Frances Quinzel, psychiatrze pracującej w Azylu Arkham, która, zajmując się Jokerem, zakochała się w nim i zaczęła mu pomagać – także w ucieczkach z zakładu. Aż żal, że wydawca nie zdecydował się w miejsce The Batman Adventures #12 albo siedmiu zeszytów Harley Quinn Vol 1 opublikować właśnie tej historii. To właściwie można uznać za największy minus tej publikacji, bo nawet w drugim tomie z Harley w roli głównej, wydanym w ramach WKKDC, nie ujrzymy Szalonej miłości. A nie ma się co oszukiwać, ani Preludia i fantazje, ani debiut bohaterki nie są opowieściami, które mogłyby startować w wyścigu po Eisnera.

Jednakże po The Batman Adventures #12 Harley Quinn długo nie pojawiała się w komiksach DC. Powróciła dopiero w roku 1999, kiedy Dini zdecydował się wykorzystać fakt, że opowieści graficzne nie są tak ograniczone wiekiem docelowego odbiorcy jak serial animowany, i chciał wprowadzić Quinn w bardziej dojrzałe rejony. W ten oto sposób bohaterka pojawiła się w 570. numerze Batmana, a wkrótce potem dostała własną serię, która doczekać się miała niemalże czterdziestu numerów.

I w tym momencie zaczyna się właściwa akcja Preludiów i fantazji, komiksu, który, już samym tytułem parodiującym Sandmana, zapowiadał szaloną, nieco pastiszową rozrywkę. Czy dla starszych odbiorców? Niekoniecznie, ale stanowiącą dobry wstęp do dalszego rozwijania postaci. W symbolicznym otwarciu całości, w którym cartoonowa Harley Quinn wchodzi w mrok, aby wyłonić się z niego w pełnej, choć nadal lekko cartoonowej krasie, nasza bohaterka uwalnia Jokera. Akcja nie do końca wychodzi tak, jak powinna; pan J. wychodzi z niej poturbowany, ale nie to jest najważniejsze. Wszystko sprowadza się do tego, że w mieście powstał park rozrywki, w którym aktorzy odgrywają role Batmana, jego pomocników i wrogów. Jak można zostawić coś takiego? Właśnie! Harley rusza więc do akcji. Będzie kolorowo, głośno i szalenie, a w tle przewinie się cała plejada gwiazd z opowieści o Mrocznym Rycerzu.

Wbrew pozorom takie wkraczanie na tereny metafikcji, zabaw gatunkowymi schematami oraz pastisz, nie wyszło aż tak dobrze, jak można by się spodziewać. Preludia i fantazje (swoją drogą – album nie koresponduje z Sandmanem; to tytuł jednego z tomów, który parodiuje) to rzecz dość zachowawcza, bez należytej nuty szaleństwa i zbyt łagodna, niż miałem nadzieję, że będzie. A może miałem zbyt duże oczekiwania? Dla mnie Harley Quinn powinna mieć klimat Lobo z główną bohaterką będącą pajacem, ale seksownym, do tego brutalnym i nieprzewidywanym. Tu tego nie ma, ale odbiór albumu to kwestia podejścia do tytułowej bohaterki.

Ale spoglądając na komiks obiektywnym okiem, niniejszy tom WKKDC absolutnie nie jest rzeczą złą. To całkiem niezła, lekka lektura rozrywkowa, pokazująca bardziej zabawne, ale jednak kanoniczne (przynajmniej dla ówczesnych dzieł z Batmanem) oblicze Mrocznego Rycerza. Bywa ciekawie, bywa też śmiesznie, choć w umiarkowany sposób, jest dynamicznie i przyjemnie. Harley, nawet w takim wydaniu, jest intrygującą postacią. Natomiast Joker mógłby być o wiele bardziej demoniczny, niemniej w tych warunkach, kolokwialnie mówiąc, daje radę. Reszta postaci utrzymana jest w podobnym stylu i na podobnym poziomie.

Graficznie album także nie powala na kolana, jednak też nie rozczarowuje. Dodsonowie nie są wielkimi artystami, to raczej wyrobnicy, którzy do jednych historii pasują doskonale (Trouble), a do innych (Wonder Woman) niestety już nie. Nawet w Harley Quinn ich cartoonowa kreska wydaje się być nieźle dobrana, ale jako że nieszczególnie przepadam za twórczością amerykańskiego małżeństwa, a sam kolor na kolana nie powala, trudno mi rozpływać się nad ilustracjami. Choć jednocześnie warto zauważyć, że praca nad tą serią należy do najważniejszych w ich karierze, więc i na tym polu odbiór całości pozostaje kwestią gustu.

Tak czy inaczej, co zresztą pisałem już nie raz, Harley Quinn to niezły album. Nic wybitnego, nic wybijającego się ponad inne podobne tytuły, jednak – dla miłośników Batmana – rzecz absolutnie warta przeczytania. Poza tym warto go poznać także dlatego, że ani nie nudzi, ani nie rozczarowuje, a jednocześnie dostarcza solidnej dawki komiksowej rozrywki, dobrze wydanej i na dodatek w atrakcyjnej cenie.

Autorem artykułu jest Michał Lipka. Rocznik 88. Z komiksów nigdy nie wyrósł, choć pasjami czyta powieści i sam także stara się pisać. Ma na koncie kilka publikacji, scenariusz komiksowy też zdarzyło mu się popełnić, ostatnio jednak przede wszystkim skupia się na recenzjach i publicystyce, pisanych m.in. dla prowadzonego przez siebie bloga Książkarnię.

Korekta: Aleksandra Wucka.

Dziękujemy Eaglemoss za udostępnione egzemplarze recenzenckie z Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics.

Tytuł: Harley Quinn: Preludia i fantazje

Scenariusz: Karl Kesel

Rysunki: Terry Dodson, Craig Rousseau

Okładka: Terry Dodson

Wydawca: Eaglemoss

Data wydania: 2017

Liczba stron: 208

Format: 17,5 x 26,2 cm

Oprawa: twarda

Druk: kolor

Cena: 39.99zł

Oceń wpis:
[Głosów: 0]