Batman: Knightfall Omnibus Vol. 1

Dodano: 18 października 2017

[Głosów: 5]

Nietoperz złamany (na własne życzenie)

Niedawno DC Comics wypuściło na rynek amerykański omnibus zbierający wszystkie zeszyty wchodzące w skład legendarnego crossoveru „Knightfall”. Jak ta historia – przecierająca w końcu szlaki w seriach o Batmanie – trzyma się po latach? O dziwo całkiem nieźle, mimo naleciałości z kina akcji lat 80. i 90.

„Upadek Rycerza” opublikowano pierwotnie w 1993 roku, choć najważniejsze założenia tej opowieści próbowano wprowadzić już znacznie wcześniej. W zasadzie od momentu pojawienia się Punishera w 1974 roku można było odczuć w listach od fanów i na spotkaniach konwentowych, że pewna część czytelników z chęcią przyjęłaby bardziej brutalnego Batmana, zdolnego do mordowania swoich adwersarzy. Doug Moench, scenarzysta takich serii jak „Moon Knight” z rysunkami Billa Sienkiewicza albo „Shang-Chi, Master of Kung Fu”, próbował wejść z nimi w polemikę w drugiej połowie lat 80. Jednakże rotacje na stołkach redaktorskich w DC i Marvelu oraz odmowy wynikające z napiętych grafików wydawniczych nie pozwalały Moenchowi podejść stosownie do tematu.

Sytuacja zmieniła się dopiero wraz z przejęciem bat-serii przez redaktora Denny’ego O’Neila. Twórca Ras Al Ghula i Azraela, chcąc spróbować swych sił w realizacji dłuższych i skomplikowanych historii, zaprosił wspomnianego wcześniej Moencha, Chucka Dixona i Alana Granta do współpracy nad wspólnym projektem. Razem mieli wypracować historię człowieka, który upokorzy Batmana na oczach całego miasta Gotham. W efekcie na miejsce wyczerpanego Bruce’a Wayne’a pojawi się bardziej bezwzględny, zimnokrwisty mściciel w stroju nietoperza. I choć podobieństwa do „Śmierci Supermana” (powstającej niemal w tym samym czasie) są aż nader widoczne, to O’Neil nie miał pojęcia o planach uśmiercenia Człowieka ze Stali. Jego pomysł, inspirowany niejako zeszytami Detective Comics Petera Milligana oraz rosnącą popularnością Franka Castle’a, powstawał w totalnej autonomii, bez przecieków z redakcji serii o Supermanie. Jak sam edytor przyznaje w wywiadach, przesunąłby event o rok później, gdyby wiedział zawczasu o zamiarach swych kolegów po fachu.

Pomimo niemal 25 lat na karku, rozwiązań rodem z wenezuelskich telenowel i odczuwalnego tu i ówdzie zapatrzenia scenarzystów w wrestling, „Knightfall” jest nadal dość przekonującą i poruszającą historią. Jest tak z kilku powodów. Po pierwsze, postać Bane’a jako ostatecznego nemezis Bruce’a jest napisana konsekwentnie, przez co w swojej istocie jest przerażająca. Trochę przykro po lekturze patrzy się na interpretacje growe i filmowe Zguby, w których to twórcy nie potrafią zaakceptować nie tyle jego siły fizycznej co nade wszystko intelektualnej. Bane zresztą nie był wtedy ani spowinowacony z Batmanem – jak to próbował zasugerować nieudolnie Scott Beatty – ani też narracja antyterrorystyczna nie była tak mocno zaznaczona. Ot, manifestował on w sposób butny i arogancki Tanatosa – greckiego boga śmierci. Rozwiązanie proste, ale niezwykle skuteczne i trafne względem tego, co przeżywa w niniejszej historii Bruce Wayne.

Tym samym przechodzimy do drugiego, istotniejszego atutu omawianej historii – pracoholizmu i wypalenia Wayne’a. Czytając „Knightfall” w czasach świetności TM-Semic czytelnik można odnieść wrażenie, że choroba multimilionera pojawia się nagle i jest jedynie wymówką do pochwycenia atmosfery upadku obecnej na wskroś całej fabuły. Lektura omnibusa jest przy tym o tyle lepsza, iż zawarto w nim kilka historii stanowiących prequel do historii pojawienia się Bane’a. Część z nich polski czytelnik mógł już poznać po polsku – mowa tutaj o „Barwach wojennych”, „Twarzach śmierci” czy „Bogu wojny”.

Jakość tych historii jest różna, natomiast jako zapowiedź tego co ma nadejść spełniają się wyśmienicie. Dzięki nim historia Bruce’a Wayne’a przemienia się w egzystencjalną mękę współczesnego człowieka, który nie potrafi powiedzieć sobie „dość” i nie potrafi wybaczyć sobie pomyłek, porażek. Bardzo łatwo jest utożsamić się z protagonistą, ponieważ można dobrze zrozumieć jego motywację, sposób działania i poświęcenie. Tym samym „Knightfall” opowiada o człowieku, który nie potrafi sobie odpuścić, nie widzi przyjemności w swoim życiu. Totalnie oddaje się swojej misji i powołaniu czego rychłą konsekwencją jest zetknięcie się z sytuacją graniczną. Zatracenie się w oparach własnej manii, a momentami nawet psychozy, prowadzi Bruce’a na ścieżkę odkupienia i odnalezienia na nowo swojego ja. Jest to aktualne nawet dziś. Wszakże widzimy ludzi nieomylnych, umiarkowanych psychopatów przeświadczonych o swej najświętszej racji i skuteczności, dosyć często czy to w sferze zawodowej lub rodzinnej.

„Knightfall” to nie tylko przestroga przed samospełniającą się przepowiednią, autodestrukcją tkwiącą w człowieku i częstym brakiem autorefleksji. To także dość przekonująca historia następcy Bruce’a, Jeana Paula Valleya, mającego do pokonania własne demony wynikające z fanatyzmu religijnego. Wątek przejęcia maski i peleryny nie jest już na tyle porywający jak złamanie Wayne’a, głównie przez zahamowania twórcze wynikające z obostrzeń Kodeksu Komiskowego. To przez niniejszą cenzurę pewne sceny przemocy oraz dialogi nie mają stosownego wydźwięku, co w połączeniu z poziomem technologicznym lat 90. dzisiaj może być odczytywane jako naiwny i uproszczony storytelling. Czas sprawił, że „Knightfall” czytany dzisiaj może nieco zdumiewać, a nawet wywoływać uśmiech politowania na twarzy. Miło jednak zobaczyć prace takich rysowników jak Norm Breyfogle, Graham Nolan czy Jim Aparo po latach, nawet jeśli operuję zgoła odmiennymi stylami i wrażliwością. Osobiście żałuję, że starcie Batmana z Bane’em narysował właśnie „sztywny” i perspektywiczny Aparo, gdy widzę płynność i elegancję niedocenionego Nolana z wczesnych lat 90.

Rzecz jasna nie każdemu odpowiadać będzie także pomieszanie konwencji artystycznych. Omnibus także swoje waży i jako taki nie jest zbyt praktyczny w trakcie czytania. Ale taki już urok crossoverów. Przyznać zaś trzeba, że „Knightfall” nadal jest jedną z tych bardziej udanych historii z Mrocznym Rycerzem i miastem Gotham, nawet jeśli poczucie bajkowości niektórych scen walki oraz archaiczność narracji zostały odciśnięte przez czas. Dobrze się czyta to komiksowe „memento mori” zwłaszcza teraz, gdy Batmana zazwyczaj przedstawia się jako niemal nadczłowieka walczącego z bogami i innymi stworzeniami z dalekiej galaktyki, innych wymiarów. Historia o pojedynku z Bane’em przypomina nam o ludzkiej, najbardziej ciekawej warstwie osobowości Batmana – tej, która uświadamia mu jego ograniczenia. Za sprawą tego, że jest porywczy, emocjonalny, popełnia błędy, przez co w jego legendach odbija się i nasz pogmatwany, skomplikowany los.

Michal Chudolinski jest krytykiem filmowym i komiksowym. Ukończył socjologię w Collegium Civitas, gdzie założył Koło Komiksu. Pomysłowdawca i twórca bloga „Gotham in rain/Gotham w Deszczu”, obecnie pracujący w TVP.

Korekta: Monika Banik

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa DC Comics oraz księgarni Jak wam się podoba / As You Like it za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

“Batman: Knightfall Omnibus” Vol. 1

Scenariusz: Chuck Dixon, Doug Moench, Alan Grant

Rysunki: Graham Nolan, Jim Aparo, Norm Breyfogle, Mike Manley, Tom Mandrake, Tom Grindberg, Michael Netzer, Jim Balent, Klaus Janson, Bret Blevins

Tusz: Eduardo Barreto, Jim Aparo, Norm Breyfogle, Tom Mandrake, Trevor Scott, Bob Wiacek, Joe Rubinstein, Dick Giordano, Rick Burchett, Scott Hanna, Terry Austin, Luke McDonnell, Klaus Janson, Mike Manley, Steve George

Kolor: Adrienne Roy, Klaus Janson

Liternictwo:  Todd Klein, John Costanza, Jim Aparo, Bill Oakley, Richard Starkings, Tim Harkins, Ken Bruzenak

Okładka: Kelley Jones, Michelle Madsen

Wydawca: DC Comics

Data wydania: 18.04.17

Liczba stron: 960

Format: 193 x 285 mm

Oprawa: twarda

Druk: kolor

Cena: $99.99

Oceń wpis:
[Głosów: 5]
Batman: Knightfall Omnibus Vol. 1 written by Chudyśrednia ocen5/5 - 5oceny użytkowników