Burton vs. Nolan

Dodano: 10 czerwca 2013

[Głosów: 12]

Autorem artykułu jest Michał Jadczak, o którym więcej przeczytacie tutaj.

7 powodów, dla których „Batman” Burtona jest lepszy od trylogii Christophera Nolana

Jaki Batman jest, każdy widzi. Peleryna czarniejsza od najczarniejszej nocy. Nietoperze uszy bardziej spiczaste, niż szczyty Tatr. Czarny eyeliner prosto od Rimmel. Gadżety, przy których Bond poczułby się dzieckiem bawiącym się zardzewiałym resorakiem w osiedlowej piaskownicy. A jednak Batman Batmanowi nierówny. Jest jeden Batman. Jeden Bruce Wayne. I jeden reżyser, który potrafił wykrzesać z historii zamaskowanego mściciela wszystko to, co najlepsze. Panowie, Panie, powiedzmy to otwarcie – „Batman” i „Powrót Batmana” w reżyserii Mistrza Burtona są wykładnikami tego, jak powinno kręcić się historię o Gackoczłeku.

Jack Nicholson i Michael Keaton

1. Michael Keaton jako Bruce Wayne. Oto kreacja, której legenda pozostanie w naszych sercach na wieki wieków. Amen. Nasz ulubiony (zaraz po Tonym Starku) miliarder nie musi tutaj przedstawiać całego wymyślonego przez siebie planu. Nie widzi potrzeby w wyjaśnianiu każdej swojej decyzji. A co najważniejsze, nie zmienia głosu, jak gdyby miał pojawiającego się znienacka raka krtani połączonego z zapaleniem gardła. Nie potrzebuje też kostiumu zrobionego z najnowszych, super-wypasionych materiałów, które technologicznie wyprzedzają większość projektów NASA. Jest po prostu skromnym, zamkniętym w sobie, cichym, spokojnym spadkobiercą rodzinnej fortuny, który postawił sobie za cel ratowanie ukochanego miasta przed złem. Ponadto ma fajne, hipsterskie okulary, a więc był modny, zanim to było modne. Punkt 1 na konto burtonowskiego „Batmana”.

Michael Keaton w "Batmanie".

2. Jack Nicholson jako Joker. Okej, wiem, że wszyscy jarają się tym, jaki to cudowny i wspaniały był Heath Ledger w „Mrocznym Rycerzu”, ale come on! Serio? Joker, którego największą traumą jest to, że poszerzyli mu uśmiech ostrym narzędziem? Joker nie mający ekipy wesołych mimów? Wreszcie Joker, nie będący przerażającym – choć zabawnym – szaleńcem, ale wyrafinowanym złodziejem…? Nie, nie, nie. Jest jeden Joker i tańczy on z diabłem w świetle księżyca. Joker z twarzą wykrzywioną w diabolicznym uśmiechu, powstałym na skutek kąpieli w kadzi z chemikaliami, do której wpadł przez Gacka. Poza tym kreacja Nicholsona to arcydzieło, kunszt, wielkość sama w sobie. Jego nie da się zastąpić, nie da się podrobić, tak jak nie da się zagrać Hannibala Lectera bardziej demonicznie, niż zrobił to Anthony Hopkins. Punkt drugi na konto Burtona.

 Jack Nicholson na planie "Batmana".

3. Laski, panienki i postaci poboczne. Anne Hathaway jest spoko, ale hej – w „Powrocie Batmana” grała Michelle Pfeiffer! Chyba nie trzeba tego komentować. Maggie Gyllenhaal za bardzo przypomina swojego ciapowatego braciszka, poza tym nie może się równać z młodziutką Kim Basinger, którą do swojej jaskini zaciąga Nietoperz w „Batmanie”. A Christopher Walken jako Max Schreck? Michael Gough jako Alfred? Michael Caine jest w porządku, ale burtonowski Alfred pasuje swoim charakterem do Wayne’a – nie mówi wiele, a jak już mówi, to bardzo tajemniczo. Nie wygłasza motywacyjnych tyrad, a to z prostego powodu: keatonowski Bruce jest zbyt zajebisty, żeby potrzebować takich gadek. Punkt trzeci dla Tima i spółki.

Michael Keaton.

4. Wrogowie. Wspominałem już o arcydemonicznym Jokerze, ale nie zapominajmy o reszcie łotrów, zatruwających spokojny żywot skrytego Bruce’a. Kobieta-Kot, która w „Powrocie Batmana” rozpala wyobraźnię, kusi, mruczy, pręży się i sprawia, że wszystkim dookoła robi się gorąco, choć jest środek zimy. Fenomenalna, kipiąca seksem Michelle Pfeiffer stanęła (słowo-klucz) na wysokości zadania, tworząc kreację, która na długie lata pozostała w pamięci męskiej części publiczności.

Michelle Pfeiffer w "Powrocie Batmana".

Nie śmiałbym pominąć doskonałego Danny’ego DeVito, czyli Pinguiniego. Jaki on był okropny! Jaki obleśny! Jaki odrażający! A jednocześnie jaki wspaniały! Pingwin jest jednym z barwniejszych przeciwników Gackoczłeka, zatem jego obecność w „Powrocie Batmana” tworzy zupełnie wyjątkowy klimat. Niski, krępy, szlamiasty, zdeformowany geniusz zbrodni może pochwalić się nie tylko aparycją godną modela Abercrombie, ale także szpanerskim parasolo-pistoletem. Jakiekolwiek dyskusje nie mają sensu. Punkt czwarty na konto Gacka ’92.

Danny DeVito w "Powroie Batmana".

5. Muzyka. James Newton Howard i Hans Zimmer mogliby stanąć na rzęsach, zjeść swoje batuty i zapisać nutami wszystkie pięciolinie świata, ale nigdy nie stworzyliby motywu równie epickiego, charakterystycznego i legendarnego, jak suita Danny’ego Elfmana. Kiedy słucha się otwierającego motywu z burtonowskich „Batmanów” ciarki przechodzą po plecach, robi się jakby ciemniej, zrywa się porywisty wiatr, a cienie zaczynają dziwnie się poruszać, przypominając przerośnięte nietoperze. I nie, „Bane Chant” nie było, nie jest i nie będzie bardziej epickie, od elfmanowskiego arcydzieła muzyki filmowej.

Danny Elfman

Po drugie, klękajcie narody, „Batman” miał dwie ścieżki dźwiękowe. Pierwszą była muzyka filmowa Elfmana, drugą natomiast przygotował sam Książę funku, niezastąpiony, niepodrabialny niczym Nicholsonowski Joker, PRINCE. Dzięki niemu możemy delektować się absolutnie genialną sceną muzealną, kiedy to padają słynne słowa…

 Prince w teledysku do "Partyman".

6. „Skąd on bierze te zabaweczki?!”, czyli gadżety, gadżety, gadżety. Burtonowski Batman nie potrzebuje strzelb sonicznych, podsłuchów komórkowych i urządzeń namierzających, bo – w przeciwieństwie do nolanowskiego Gacusia – jest wystarczająco inteligentny, żeby samemu ogarnąć, kto, co, gdzie i z kim. No i ma Batmobil o wiele bardziej szpanerski, niż ten złom wyklepany z Lamborghini, którym zasuwa Nietoperz w trylogii Christophera N. Nie wspominając już o Batolocie, którym, po pierwsze, w pięknym stylu kradnie baloniki Jokera, a po drugie – nie musi nikomu tłumaczyć, że to nie samochód. A gadżety samego Partymana? Kwiatek w butonierce sikający kwasem! Toż to wspaniałość nad wspaniałości? Przypominam, że najzabawniejszym „gadżetem” Ledgera były granaty przyczepione do marynarki i strój pielęgniarki. Nie czuję, że rymuję, ale Burton na punkt tu zasługuje. 6:0

Scena z filmu "Batman".

7. Ogólna koncepcja. Burton postawił na gotycki klimat i dosyć wierne odzwierciedlenie komiksowych realiów, dzięki czemu powstało dzieło wybitne, historyczne, ponadczasowe, które obroni się nawet za 20 lat. A Nolan… No cóż, Chris wziął postaci i wrzucił je w wir thrillera dramatycznego z dużą dozą psychologii, filozofii i generalnych dywagacji o moralności, dobru i złu, etc. Niestety, w przypadku adaptacji komiksowych taka metoda się nie sprawdza. Ma być zabawa, radość z oglądania, a nie wgryzające się w mózg, pseudo-intelektualne rozważania nad sensem istnienia. Sorry Chris, punkt dla Tima.

MAMY ZWYCIĘZCĘ! Chociaż chyba nikt nie spodziewał się, że Nolan mógłby wygrać pojedynek z legendą…

Michael Keaton i Tim Burton

Oceń wpis:
[Głosów: 12]
Burton vs. Nolan written by Chudyśrednia ocen2.9/5 - 12oceny użytkowników
  • Eagle-man

    Lepiej bym tego nie ujął – na pohybel przydługim filmom sensacyjnym z kretynskimi dialogami – po smiertelnym postrzale zadanym przez zbira w ciemnej uliczce powiedzielibyscie swojemu dziecku „juz wszystko dobrze”…..? – zenua panie Nolan – „you’re insane!” – „I thought I was pisces!” – Nicholson uber alles