Żart, który się ziścił

Dodano: 30 grudnia 2016

[Głosów: 3]

Zabójczy Żart wczoraj i dziś

bollandjokermid

Poniższy artykuł został pierwotnie opublikowany na stronach amerykańskiego wydania Business Insider”. Jego skrócona, polska wersja została wydana w 60 numerze kwartalnika projektowego „2+3D” (III/2016).

Jeden z najpopularniejszych komiksów o Mrocznym Rycerzu z Gotham doczeka się niebawem animowanej adaptacji, po raz pierwszy przeznaczonej tylko dla dorosłych widzów. Kultowa historia Alana Moore’a i Briana Bollanda, zaliczana nieprzerwanie do kanonu sztuki komiksowej, jest nie tylko nihilistycznym dreszczowcem zacierającym granice między dobrem a złem. To także subtelna, ale też niezwykle szydercza zemsta autora „V jak vendetty” na wydawnictwie DC Comics i superbohaterskiej (pop)kulturze.

„Zabójczy Żart” to nade wszystko ponura, nieprzyjemna, prowokacyjna, błyskotliwa i ostateczna opowieść o Jokerze”, zapowiada redaktor i scenarzysta komiksów o Batmanie Denny O’Neil w jednej z swoich kolumn edytorskich w czerwcu 1988 roku.  „Skrystalizuje i zdefiniuje tego najbardziej intrygującego jak i wytrwałego z łotrów […] Jednak poprzez fakt, że Alan i Brian tak dobrze wykonali swoją robotę, wiele osób będzie wzburzone lekturą „Zabójczego Żartu”. Komiks zawiera nagość oraz niezwykle drastyczne sceny, zadając jednocześnie pytania na które nie ma łatwych odpowiedzi. Rodzicom sugerowałbym, aby przed zakupem przejrzeli dokładnie komiks oraz zdecydowali, czy jego treść jest odpowiednia dla ich pociech. A jeśli sam myślisz o nabyciu tego komiksu to wiedz, że nie przypomina absolutnie niczego, co do tej pory czytałeś. Zostaliście ostrzeżeni” [ J. Darius, And the Universe so Big: Understanding Batman: The Killing Joke, 2012, Sequart Organization, s. 40.].

bolland1

Przesadzona asekuracja? Ani trochę. Mówimy w końcu o komiksie niepokornym, wymienianym obok „Mausa” Arta Spiegelmana czy też „Fun Home” Alison Bechdel jako pozycja ukazująca wartość tego wizualnego medium jako dzieła sztuki. Historii, która zmieniła oblicze komiksu superbohaterskiego w dobie Mrocznego Wieku komiksu amerykańskiego, stanowiącej inspirację dla twórców audiowizualnych (zwłaszcza reżyserów pokroju Tima Burtona czy Christophera Nolana) po dziś dzień. Kontrowersyjny w swej wymowie, „Zabójczy Żart” zetknął się z uwielbieniem fanów Batmana, nienawiścią ze strony feministek jak i niezbyt pochlebnymi refleksjami ze strony samego scenarzysty, Alana Moore’a. O ile protekcjonalne podejście zwolenniczek równouprawnienia i percepcja wielkiej wagi ich perspektywy w życiu innych (co niekoniecznie jest prawdą) bywa męcząca, tak niech nie zwiedzie was zbytni samokrytycyzm autora „Strażników”. Mamy tutaj bowiem do czynienia z istną pruderią ze strony Moore’a, który doskonale wiedział co czynił pisząc swą cyniczną nowelkę graficzną. Dokonał tego zresztą z iście zimną krwią, czemu nie trudno się dziwić jeśli lepiej się pozna okoliczności powstawania tego wyjątkowego tytułu.

Brytyjska wrażliwość

Choć „Zabójczy Żart” został pierwotnie opublikowany w 1988 roku, to Alan Moore napisał do niego scenariusz już w połowie lat 80. ubiegłego wieku, mniej więcej w czasie rozpoczęcia prac nad „Strażnikami” wraz z Davem Gibbonsem. Historia z psychotycznym klaunem w roli głównej powstała na prośbę Briana Bollanda, jednego z bardziej wyrazistszych rysowników przygód Sędziego Dredda, który po kasowym sukcesie miniserii „Camelot 3000” otrzymał od korporacji komiksowej możliwość zrealizowania dowolnego projektu wedle własnego uznania.  Ten hiperrealistyczny artysta zażyczył sobie realizacji uniwersalnej historii o Jokerze pisanej właśnie przez Moore’a, którego znał bardzo dobrze z kolaboracji w ramach projektów dla rynku brytyjskiego komiksu. Moore już wtedy – za sprawą chociażby „Sagi o Potworze z Bagien” – wyrobił sobie nazwisko sztandarowego reprezentanta tzw. Brytyjskiej Inwazji na komiks made in USA. W trakcie tego procesu wiele znanych scenarzystów i rysowników pochodzenia angielskiego, szkockiego i irlandzkiego (współpracujących głównie z wydawnictwem „2000 AD”) rozpoczęło stałą współpracę z DC Comics.

Rysowanie 48-stronicowego komiksu zajęło Bollandowi niemal 2 lata, a sam proces tworzenia opowieści można przyrównać do kultury pracy nad historią obrazkową na rynku frankofońskim. W tym czasie jednak DC Comics udało się pogorszyć relacje partnerskie z Alanem Moorem, który chciał zachować dla siebie prawa autorskie do postaci stworzonych w ramach „Strażników”. Wydawnictwo dało mu dość jasno do zrozumienia, że sukces jego komiksów opiera się nie tyle na jego talencie, co bardziej na kampanii marketingowej wraz z wykorzystaniem terminu „powieści graficznej” jako PR-owego sloganu. Zniesmaczony i obrażony Moore postanawia, że od tej pory z DC Comics nie będzie miał już nigdy przenigdy do czynienia, z czasem określając ich mianem „gangsterów”. Jedynym wyjątkiem była praca nad „Zabójczym Żartem”, którą traktował honorowo w kontekście obietnicy złożonej Brianowi Bollandowi. Twórcy, nie zważając na konsekwencje, postanowili stworzyć fabułę o Batmanie inną niż wszystkie, doprowadzoną wręcz do granic gatunku. Kierowany poczuciem zemsty Moore stworzył arcydzieło genialne w swej prostocie. Nawet jeśli podczas wywiadów wspomina, że „Zabójczy Żart” jest względnie płytki, gdyż nie opowiada o niczym ważnym czy realnym.

Spotkanie dwóch wariatów

W „Zabójczym Żarcie”, wszelkie mechanizmy rewizjonistyczne wytworzone względem mitologii superbohaterskiej w „Strażnikach”, wraz z formalnymi zabiegami graficznymi a nawet motywami muzycznymi, zostały skonfrontowane z sagą miasta Gotham. Na samym wstępie pierwszego wydania kultowego komiksu zostajemy zaproszeni do skąpanego deszczem Gotham – molochu przygnębiająca atmosfera zostaje podrasowana ożywczymi, wręcz narkotycznymi kolorami pomarańczy i fioletu. Sprawia to wrażenie obcowania z wydarzeniami w duszną, czerwcową noc, gdy ulewa ani na chwilę nie ustępuje. W tym miejscu zapomnianym przez Boga ponury mściciel przebrany za nietoperza odwiedza zakład dla obłąkanych w celu przekonania antagonisty komiksu, że ich walka zmierza do totalnej anihilacji. Mroczny Rycerz, chcąc się uchronić przed tragedią, stara się przekonać pomylonego księcia zbrodni do zakończenia bezsensownych aktów przemocy. Ku naszemu zdumieniu okazuje się, że protagonista rozmawia z pozorantem, podczas gdy prawdziwy Joker knuje swój kolejny, pokręcony plan. Tym razem jednak celem jego psychotycznych figli nie stanie się bank, szkoła czy posterunek – zamierza dowieść, że koniec końców jest pospolitym człowiekiem który w naturalny sposób odpowiada na marność i ciężką dolę życia… szaleństwem.

Kolejne zwroty akcji zaczynają przypominać bardziej początek „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka aniżeli typowy komiks superbohaterski. Oto Joker wraz z najemnikami odwiedza mieszkanie komisarza Jamesa Gordona. Paraliżuje jego córkę Barbarę, przestrzeliwując jej ciało na wylot oraz porywa samego policjanta, nie powstrzymując się także od brutalnego pobicia. Jakby tego było mało, guru nienawiści pozwala sobie na roznegliżowanie bezbronnej dziewczyny i zrobienie jej nagich zdjęć, którymi będzie następnie maltretować jej ojca. Doprowadzając go do obłędu będzie próbował udowodnić, że jeden zły dzień potrafi zmienić nawet najpoczciwszego człowieka w szaleńca. Tym samym czytelnik uświadamia sobie, że niezwykle dokładna i klasyczna już ilustracja zawarta na okładce nie przedstawia nic zgoła przyjemnego ani tym bardziej śmiesznego. Takie przewrotne, „ironiczne” wykorzystanie oprawy było dotąd niespotykane w komiksie amerykańskim, tak jak umieszczenie kropel deszczu otwierających i zamykających historie w kadrach jako klamra po jej tylnej stronie.

Uczłowieczanie diabła

00be9398a560d255fe013394acd667d2

Krytycy komiksu Moore’a i Bollanda (np. Timothy Callahan, autor książki „Grant Morrison’s Early Years”) zazwyczaj zarzucają twórcom, że idą po najmniejszej linii oporu – nawiązując do jednego z wczesnych, klasycznych już komiksów o Batmanie (mowa o historii „The Man Behind The Red Hood!” ze 168 zeszytu serii Detective Comics (vol. 1)) nie zmieniając wydźwięku opowieści, a odbiorcę atakują sadomasochistyczną agresją nie mającej żadnego znaczenia. W rzeczy samej, „Zabójczy żart” byłby niezwykle powierzchowną historią o ciemięstwie przez psychopatę, gdyby nie zawarte w nim retrospekcje ukazujące jedną z możliwych genez powstania Jokera. Prawdopodobną, albowiem klown, jako narrator swego życia, przyznaje: „Czasami pamiętam je tak, czasami inaczej… Gdybym musiał mieć przeszłość, wolałbym mieć możliwość wielokrotnego wyboru” [ A. Moore, B. Bolland, Batman: Zabójczy Żart, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, 2012, Egmont Polska, s. 44]. Dowiadujemy się o tym jednak dopiero w okolicach finału komiksu – do tego momentu nasza emocjonalność staje wobec wyzwania zetknięcia się z historią wyimaginowanej postaci, który jednego dnia traci wszystko co jest mu najdroższe i na dodatek bierze udział w przestępstwie co do którego zmusiła go sytuacja życiowa, w jakiej się znalazł. Na miejscu zbrodni pojawia się sam Batman, ale nawet on nie potrafi uchronić tego biednego człowieka przed jego samospełniającą się przepowiednią, kierującą go w stronę egzystencjalnego nihilizmu.

W filozofii Jokera nie ma absolutnie żadnej nadziei na lepsze jutro – uniwersum kieruje chaos, sprawiedliwości nie ma, a jeśli nawet, to jest realizowane w sposób losowy, obligatoryjny. Bez poczucia bezpieczeństwa, w atmosferze ciągłego strachu, znieczulicy i paranoi, człowiek może stracić wszystko, co mu drogie w jednej chwili i nie będzie to miało żadnego, najmniejszego sensu. Jedynym ratunkiem w takiej sytuacji jest skorzystanie z wyjścia ewakuacyjnego w postaci maligny, uwalniającej nas od społecznych konwenansów i kultury stanowiącej źródło cierpień. Nic więc dziwnego, że tego pokroju nietzscheański nadczłowiek w czystej postaci (czerpiący hedonistyczną przyjemność z zadawania cierpienia innym i zarażający swym spaczonym światopoglądem) tak bardzo nienawidzi kantowskiego Batmana, realizującego w swej krucjacie założenia imperatywu kategorycznego. Choć Bruce Wayne też jest odszczepieńcem i przeżył swą własną tragedię, będąc przekonanym o bezwzględności świata, to stoi po zupełnie przeciwnej stronie barykady. Kierowany jest wiarą, wedle której każde, nawet beznadziejne położenie ma wyjście i swym sprawstwem, działaniem możemy nadać mu znaczenie… Ale czy aby na pewno?

newbard

Jak konwencja nakazuje, superbohater w ostatniej niemalże chwili powstrzymuje swoje nemezis przed realizacją zamierzonego zła. Dochodzi do szamotaniny, z której koniec końców heros wychodzi zwycięsko. „Na co więc czekasz?”, pyta się więc Batmana Joker. „Postrzeliłem bezbronną kobietę, sterroryzowałem jej staruszka. Czemu się mnie nie pozbędzie i nie zbierzesz od widowni owacji na stojąco?”. W tymże momencie dochodzi do niejednoznacznej sytuacji – Batman, chcąc być w porządku wobec prawa i swego kodeksu honorowego, poddaje się mechanizmowi samokontroli i ponawia swoją propozycję złożoną wcześniej w Azylu Arkham. Pomimo bestialstwa złowrogiego błazna, Batman wierzy w jego rehabilitację i powrót na łono społeczeństwa.

Zakończenie stanowiące klątwę

Joker po chwili zastanowienia odpowiada mu, że na rozgrzeszenie jest już zdecydowanie za późno i szyderczo opowiada swemu antagoniście kawał jako kontrę: „Było raz dwóch szaleńców w domu wariatów… i pewnego dnia, zdecydowali, że nie chcą już dłużej tam mieszkać. Zdecydowali, że chcą uciec. Tak więc, wspięli się na dach, a tam… po drugiej stronie muru zobaczyli dachy miasta skąpane w poświacie księżyca. Mały skok do wolności. Więc pierwszy wariat przeskoczył na następny dach bez problemu, ale jego kolega… jego kolega nie odważył się skoczyć. Bał się upadku. Wtedy pierwszy wariat wpadł na pomysł… I mówi: „Hej! Mam przy sobie latarkę, zaświecę, a ty będziesz mógł spokojnie przejść po promieniu.” Na co drugi szaleniec potrząsnął głową. I powiedział: „Czy ty myślisz, że zwariowałem? Mógłbyś przecież zgasić, gdy będę w połowie drogi.””. Joker zaczyna się momentalnie śmiać z kuriozalnej sytuacji, a w raz z nim nieoczekiwanie Batman. Sylwetki postaci giną w neonie światła policyjnego radiowozu a oko komiksowej kamery zmierza ku kałuży, zwiastującej zwierciadło umiejscowione między praworządnym obrońcą w stroju demona a mordercą ucharakteryzowanym jako wesołka.

killing-joke_3

Kulminacyjna strona „Zabójczego Żartu” przeszła na trwałe nie tylko do historii sztuki komiksu, ale sztuki w ogóle – jest niezwykle prosta i tajemnicza, wręcz można by rzec prymitywna, a jednocześnie daje pole do popisu w kreowaniu multum interpretacji na temat wydźwięku omawianego komiksu. Sprawia, że historia Alana Moore’a i Briana Bollanda jest uniwersalna i aktualna nawet dzisiaj, po prawie 30 latach od pierwotnego wydania nowelki graficznej. Każdy widzi w tym zwieńczeniu to, co chce, w zależności od duchowego samopoczucia – jedni ujrzą Batmana po przyjacielsku poklepującego Jokera po ramieniu, uświadamiającego sobie  że bawi się z nim w krwawą wersję podchodów Toma z Jerrym, której nigdy nie będzie końca. Drudzy wyobrażą sobie Mrocznego Rycerza wbijającego jad w ciało swego antagonisty, odpierającego atak szaleńca w ramach samoobrony. Być może go zabił lub też przekonał się, że jego własna broń na niego samego nie oddziałuje i obserwuje, jak błazen śmieje się z jego słabości. Jakkolwiek by się to nie rozstrzygnęło, to i tak Joker odniesie zwycięstwo, co samo w sobie jest już tytułowym kawałem, który zadaje śmierć nie tyle Batmanowi, co wyznawanym przez niego wartościom.

Wielce prawdopodobne, że intencją twórców było właśnie ostateczne złamanie Batmana, które w ich mniemaniu nadałoby mu egzaltowane przez jego fanów człowieczeństwo. Sam Alan Moore w nie niespecjalnie wierzył – już przy pisaniu scenariuszy „Strażników” przyznał, że widzi w Człowieku-Nietoperzu raczej psychopatę aniżeli wybawiciela stanowiącego wzór do naśladowania dla dzieci i młodzieży lub kogoś, kto mógłby funkcjonować w prawdziwym świecie. W kreacji Rorschacha widział Bruce’a Wayne’a postawionego w sytuacji rzucenia swych ideałów na palenisko historii, przeistaczając się tym samym w obsesyjnego maniaka. Bolland dodaje w tej kwestii wiele od siebie, komplikując fabułę w wymiarze artystycznym. Gdy spojrzymy na szkice stanowiące wierną trawestację scenariusza Moore’a a następnie spojrzymy na ostatecznie zarysowane kadry zauważymy istotne między nimi różnice. Te subtelne nieścisłości i niedomówienia zostały przeto wyraziście podkreślone w wersji Deluxe komiksu wydanej kilka lat temu także w Polsce, obecnie najbardziej obowiązującej w kulturalnej przestrzeni. Bolland z istną satysfakcją poprawia komiks, aby mógł równać się z ideałem jaki sobie wyobraził trzy dekady temu. Od wielu lat zarzekał się bowiem, że pierwotna kolorystyka nałożona przez Johna Higginsa oszpeca jego dzieło i niweluje inspiracje, jakie zaczerpnął chociażby z psychodelicznego filmu Davida Lyncha „Głowa do wycierania” („Eraserhead”). Można się o tym dowiedzieć z przeciekawej analizy Juliana Dariusa pt. „And the Universe so Big: Understanding Batman: The Killing Joke”, w której literaturoznawca z Illinois z precyzją omawia wszystkie aspekty opisywanego tutaj komiksu.

Gdy opadnie komedii kurtyna …

Możemy tym samym odłożyć komiks na półkę z przekonaniem, że Moore wraz z Bollandem założyli sobie zniszczenie parkietu, na którym odbywały się wszelkie batalie Batmana z jego galerią łotrów. Zawiera się tutaj także główny mankament „Zabójczego Żartu” – historia pozostawia czytelnika z przeświadczeniem, że życie człowieka jest tylko agonią, niekończącym się pasmem nieszczęść i tragedii, co tylko może nakręcać w stronę nihilizmu i autodestrukcji. Czy jednak wyczerpaliśmy wszelkie możliwości interpretacyjne? A co jeśli tytułowy figiel nie jest wymierzony wcale w Batmana… a w nas samych, czytelników kupujących komiksy właśnie? Ludzi kreujących masową kulturę? A jeśli Batman z Jokerem śmieją się z nas niczym z dziczy, oczekującej po prostu chleba i igrzysk? Jak pisze sam Julian Darius w swojej analizie, „Jest jeszcze jedno, o wiele głębsze znaczenie zawarte w tytule. Przypuszczalnie teorie Jokera zawierają w sobie prawdę. Być może ten światopogląd ma pewne pozytywy – już wcześniej zauważyliśmy, że tak jest. Być może prawdziwym żartem jest nasze poczucie tożsamości, wyobrażenie, że jesteśmy tak zupełnie inni od wariatów i psychopatów potępianych za swe nieuleczalne dewiacje” [J. Darius, And the Universe so Big: Understanding Batman: The Killing Joke, 2012, Sequart Organization, s. 38.] .

Tak bardzo staramy się doszukiwać znaczenia w niekończącej się batalii Batmana z Jokerem nie uświadamiając sobie, że prawdopodobnie przypomina to oglądanie kropli deszczu spadających na okno. Uciekamy do świata przemocy i mroku nie z eskapistycznych powodów. Nawet nie dlatego, że świat Gotham jest tak podobny do naszego, stanowiąc odbicie naszych pokus i trwóg wynikających z współczesności. Być może fascynuje nas to, że w prostej historii o szaleństwie zawarta jest odpowiedź na nasze własne męki z codziennością? Na myśl przywodzi tutaj jeden szczególny kadr z „Zabójczego Żartu”, porażający swoją sugestywnością. Oto Gordon, zrezygnowany i upokorzony w klatce, siedzi pomiędzy rozwścieczonym Batmanem a diabelsko uśmiechniętym Jokerem w trakcie ulewy. Czyż nie jest to piękne zobrazowanie batalii superego z id, dokonującej się w psychice każdego z nas w chwili kryzysu? Być może wartościowe życie prowadzi ten, który potrafi toczyć takie walki wewnątrz siebie (a tych nie ma końca aż po dni kres)? A jeśli tak, to kto ma odwagę dzisiaj egzystować w taki sposób, gdy świat kusi oportunizmem i uległością wobec problemów, których być może nie da się już  nigdy rozwiązać? Zwłaszcza, że żyjemy w czasach erozji zasad obowiązujących w naszej rzeczywistości, podczas gdy nowe jeszcze nie zajęły ich miejsca. W końcu w społeczeństwie ryzyka studia nie dają już żadnej gwarancji na znalezienie pracy a zwykła kobieta czyniąca sobie żarty z maską Chewbacci na YouTubie staje się z dnia na dzień celebrytką i medialnym autorytetem, któremu robią specjalne figurki.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy „Zabójczy Żart” odczytamy w sposób interteksualny w kontekście ostatnich kilku lat działalności DC Comics, polegającej na odpakowywaniu starych pomysłów, mieleniu w nieskończoność tych samych motywów literackich wraz z rozwiązaniami narracyjnymi Bollanda i traktowaniu pomysłów Alana Moore’a sprzed kilku dekad jako kosza, w którym buszują korporacyjne szczury w celu wykreowania kolejnego, komiksowego bestsellera. Jeśli przyjmiemy, że Joker uosabia wyswobodzoną i nieograniczoną wyobraźnię wraz z kreatywnością Moore’a, a Batman jest konserwatywnym strażnikiem wartości wydawnictwa DC, to autor „Prosto z piekła” jest nie tyle wybitnym twórcą i pisarzem, ale również potrafi przepowiadać przyszłość. Przez lata bowiem DC próbowało bezskutecznie sprawić, aby Moore powrócił do ich łask, nawet za pomocą szantażu innych scenarzystów będących z nim w relacjach przyjacielskich. Moore konsekwentnie kpił z tych zabiegów, jak i z całej kultury superbohaterskiej – uznał nawet, że jest ona rakiem wylegającym się na ciele świata kultury, niszczącym ją swoją powierzchownością i powtarzalnością. Samo wydawnictwo zaś, idąc tokiem myślenia wedle które wszelka inwencja twórcza wiąże się z (finansowym) ryzykiem, zaczęło zjadać swój własny ogon poprzez realizację prequeli „Strażników”, a nawet dołączenie ich do oficjalnego uniwersum bohaterów DC. Myślicie, że Alan Moore jest zdenerwowany z tego powodu? Może dawać temu wyraz, jak miało to miejsce wielokrotnie wcześniej. Wydaje mi się jednak, że tak naprawdę po cichu śmieje się z całego przemysłu komiksowego, że nie potrafi nadać sobie nowej tożsamości, w oderwaniu od jego dziedzictwa. Drwi z nich, ponieważ wychodzi czarno na białym, że bez jego wpływu gatunek superbohaterski powtarza stare schematy i nie ewoluuje w bardziej intrygującym kierunku. Koniec końców, bez niego są niczym. Albo poddadzą się ewolucji stworzą coś na przekór obecnemu kanonowi (do którego „Zabójczy Żart należy), albo umrą śmiercią naturalną.

Ktoś mógłby sparafrazować słowa Jokera z animacji „Batman Beyond. Powrót Jokera”: „Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było takie żałosne”. Sęk w tym, że współczesna popkultura niszczeje z powodu utrzymywania się w przytulnym sfery komfortu schematów i idei. Już George Lucas przy krytyce „Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy” podkreślał, że wielkie koncerny medialne boją się nowych pomysłów, albowiem wiążą się one z ryzykiem finansowym. Lepiej w końcu zrealizować prequele lub sequele znanych marek, których fani wyczekują całymi latami. Jak na zwieńczenie losu to nie tylko problem filmów czy komiksów, ale także literatury i seriali. Schematy z „Zabójczego Żartu” przewijają się nawet w produkcjach telewizyjnych, jeśli spojrzymy chociażby na brytyjskiego „Scherlocka”, „Mr. Robot” czy nawet niektóre odcinki „Doktora House’a”. Tym samym „Zabójczy Żart”, jak każde wielkie dzieło sztuki, uderza czytelnika w twarz i zadaje ci proste, ale niezwykle wymagające wysiłku intelektualnego pytania – co robisz ze swoim życiem? Dlaczego warunkujesz swoje szczęście? Czy sądzisz, że ktokolwiek ci pomoże (oprócz ciebie samego)?

Kurtyna.

1155339-2

Michal Chudolinski jest krytykiem filmowym i komiksowym. Ukończył socjologię w Collegium Civitas, gdzie założył Koło Komiksu. Pomysłowdawca i twórca bloga „Gotham in rain/Gotham w Deszczu”, regularnie publikujący w kwartalniku „2+3D”.

Współpraca: Justyna Wieczorek

Korekta: Sebastian Kownacki

Literatura:
W. Brooker, Right, Wrong, and In Between: The Killing Joke, 2013, Sequart.org

J. Darius, And the Universe so Big: Understanding Batman: The Killing Joke, 2012, Sequart Organization

A. Moore, B. Bolland, Batman: Zabójczy Żart, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, 2012, Egmont Polska.

Warto zajrzeć:

Z czego się śmiejemy? Z Was się śmiejemy! O „Zabójczym Żarcie” na serio

Recenzja animowanej adaptacji „Zabójczego Żartu”

„Zabójczy Żart” – soundtrack autorski

Sentymentalna podróż Jokera

Przejrzeć Jokera

Czy to koniec Jokera? (Trójkowe „ABC Popkultury” Katarzyny Borowieckiej)

49836337bcd112fb7fee06632675bc64

Oceń wpis:
[Głosów: 3]
Żart, który się ziścił written by Chudyśrednia ocen5/5 - 3oceny użytkowników