WKKDC: Długie Halloween

Dodano: 16 października 2017

[Głosów: 0]

NAJLEPSZE HALLOWEEN BATMANA

 

Wiele jest dobrych opowieści o Batmanie, niewiele jednak istnieje komiksów tak znakomitych jak ten. Komiksów, które wywodząc się z prostego przecież pomysłu, kontynuującego na dodatek oryginalną opowieść innego, legendarnego już wtedy autora, zdołały wspiąć się na wyżyny i same stać inspiracjami dla innych twórców – w tym filmowych. Długie Halloween osiągnęło jednak to wszystko – i jeszcze więcej – do dziś dzierżąc tytuł jednej z najlepszych opowieści o Mrocznym Rycerzu, jakie kiedykolwiek powstały. I to absolutnie zasłużenie.

Historia opowiedziana w tej trzynastoczęściowej maxiserii kontynuuje wydarzenia przedstawione w albumie Batman: Rok Pierwszy, przedstawiając kolejne dwanaście miesięcy z życia Bruce’a Wayne’a. tym razem wszystko sprowadza się do kwestii wiary. Wiary w Gotham City, wiary w sens walki ze zbrodnią, wiary w Bruce’a Wayne’a, w Batmana, Gordona, więzy rodzinne, sprawiedliwość, ale przede wszystkim wiary w Harveya Denta, młodego prokuratora, który staje się wiodącą postacią tego dramatu. On, razem z Gordonem i Mrocznym Rycerzem, stara się znaleźć sposób, by dopaść Carmine’a „Rzymianina” Falcone – gotahmskiego szefa przestępczego światka, który od lat pozostaje nietykalny. Jego nazwisko przewija się w niezliczonej ilości spraw sądowych, jednak stać go na oplacanie kolejnych świadków – nawet tych zajmujących najwyższe stanowiska. W tak skorumpowanym środowisku, uczciwy glina, nieuległy prokurator z ideałami i bohater działający na granicy prawa, metodami, które wielu nazwałoby mianem „terrorystycznych”, mogą ufać tylko sobie. Czy na pewno? Kiedy w Halloween zamordowany zostaje pierwszy z członków rodziny Falcone, a tajemniczy zabójca po kolei wykańcza kolejnych mafiosów, pojawiają się wątpliwości. Batman, Dent i Gordon nie mogą już ufać nawet sobie, bo każdy z nich może być mordercą, szczególnie, że wszyscy mieli motyw i możliwości. A tymczasem Holiday, jak ochrzczono zabójcę, kontynuuje swoją krucjatę, dokonując swoich zbrodni tylko w świąteczne dni…

Tytułowe Długie Halloween to właśnie ten trwający rok maraton śmierci, w którym podejrzanym i ofiarą może być każdy, a rozwiązanie zagadki wcale nie jest takie oczywiste, jak mogłoby się to na początku wydawać. Nawet kiedy uda nam się bezbłędnie odgadnąć, kto w rzeczywistości jest Holidayem – scenarzysta Jeph Loeb nie raz raczył nas już podobnymi rozwiązaniami fabularnymi, więc stali czytelnicy jego opowieści o Batmanie wiedzą już czego mogą się spodziewać. Wszystko jednak, cały ten schemat, powtórzony potem choćby w Hushu, narodził się jednak w Długim Halloween, choć korzeniami tkwi we wcześniejszym dokonaniu Loeba i Sale’a, trzem zeszytom zebranym w Nawiedzonym rycerzu, które stały się przepustką obu artystów do sławy. To, co tam było zaledwie zarysowane, tu doprowadzone zostaje do perfekcji, jakiej już nigdy więcej autorom nie udało się w Batmanie osiągnąć.

Co zatem takiego niezwykłego ma do zaoferowania historia zbrodni Holidaya? Kwintesencję tego, co złożyło się na sukces postaci Mrocznego Rycerza, przepuszczoną przez autorski filtr, podkręconą, ale z doskonałym wyczuciem materii i stanowiącą hołd dla komiksów ze Złotej Ery. Człowiek Nietoperz jest tu na początku swojej kariery, nie jest superbohaterem, który bierze udział w niezwykłych misjach rodem z taniej fantastyki, a zwykłym człowiekiem w przebraniu walczącym ze zbrodnią. Daleko mu jednak do wojownika, choć skacze z dachów, szybuje nad Gotham, wyglądającym jak wzięte z filmów Burtona – przede wszystkim jest detektywem. I jak na detektywa przystało, stara się rozwikłać sprawę serii morderstw, jednocześnie musząc stawić czoła plejadzie swoich największych wrogów.

Ci wrogowie zresztą to jedna z cech charakterystycznych dla opowieści pisanych przez Loeba. Niczym w kinowym blockbusterze przez stronice albumów przewija się ich całe mnóstwo, a każdy ma do odegrania konkretną rolę. Wśród gwiazd mamy tu Kobietę Kot, Jokera, Pingwina, Szalonego Kapelusznika, Salomona Grundy’ego, Stracha na Wróble i Riddlera, a wszyscy oni są dopiero na początku swojej przestępczej ścieżki. To dziwolągi, które powoli zaczynają przejmować przestępczy światek Gotham, odbierać go z rąk „tradycyjnych” gangsterów. Sami są tu w końcu czymś nowym, czymś z innego świata – Sale nadał im cech wyglądu bohaterów filmów grozy z, nomen omen, Złotej Ery tego gatunku.

I taki klimat utrzymuje się na stronach albumu przez cały czas. Klimat groszowych powieści kryminalnych, thrillerów, książek z gatunku noir i kina spod szyldu niemieckiego ekspresjonizmu z lat 20. ubiegłego stulecia. Podobny nastrój znakomicie uchwycił w swoich filmach Burton, a Loeb i Sale doskonale wpisują się w tę tradycję. Znakomicie korespondują także z pierwszymi zeszytami o Batmanie z lat 30., składając im piękny hołd (prawie wszystko tu jest stylizowane na tamtą epokę), ale równie mocno, a nawet bardziej, sięga do inspiracji dziełami Franka Millera, który w roku 1986 zrewolucjonizował zarówno Mrocznego Rycerza (to on zresztą nadał mu to miano), jak i komiks w ogóle. Całość zaczyna się w najbardziej upalną noc roku ukłonem w stronę Powrotu Mrocznego Rycerza, „podkrada” bohaterów z Roku Pierwszego, a w warstwie graficznej intensywnie inspiruje się mroczną kreską Millera i jego zabawami z cieniem. Sięga też głębiej, ale odkrywanie tego samodzielnie stanowi jedną z przyjemności płynących z lektury. Puszczania oka do czytelników jest tu jednak więcej – chyba, że to tylko mnie scena z szukaniem pomocy u zamkniętego psychopaty nasuwa skojarzenia z Milczeniem owiec. A wszystko to splecione w misternie skonstruowanej opowieści o kryminalnej zagadce, która nie traci na atrakcyjności nawet po wielokrotnej lekturze.

Warto jednak rzucić jeszcze okiem na wydanie, jakie ukazało się w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów DC, bo pod prawie każdym względem przebija ono edycję od Mucha Comics. Właściwie trzy zastrzeżenia, które mógłbym mieć (okładka, choć twarda, nie jest szczególnie sztywna, całość podzielona jest na dwa tomy, do tego brak jest ciągu dalszego w postaci niemal równie znakomitego Mrocznego zwycięstwa, które domyka wiele wątków) są tak nieistotne, że mogłyby w ogóle nie istnieć. Zacznijmy od tego, że edytorsko rzecz jest znakomita – kredowy papier, dobra jakość druku, tłumaczenie także nie zawodzi. W tym wydaniu jednak mamy dodatkowo trzy klasyczne zeszyty, w których przedstawiono pierwsze przygody Poison Ivy, Riddlera i, obchodzącego właśnie 75-lecie istnienia, Two-Face’a, a jednocześnie cena jest o jakieś 40% niższa, niż jednotomowego wydania tych dodatków pozbawionego. Co warto zauważyć, tym razem poszczególne rozdziały oddzielają strony tytułowe/okładki, co we wcześniejszych tomach Kolekcji się nie zdarzało. Czy trzeba dodawać coś więcej? Długie Halloween to jedno z komiksowych arcydzieł, które znaleźć powinno się na półce każdego fana opowieści obrazkowych, uznane przez magazyn Wizard jednym ze 100 najlepszych albumów w historii. Nie znać po prostu nie wypada.

Autorem artykułu jest Michał Lipka. Rocznik 88. Z komiksów nigdy nie wyrósł, choć pasjami czyta powieści i sam także stara się pisać. Ma na koncie kilka publikacji, scenariusz komiksowy też zdarzyło mu się popełnić, ostatnio jednak przede wszystkim skupia się na recenzjach i publicystyce, pisanych m.in. dla prowadzonego przez siebie bloga Książkarnię.

Korekta: Monika Banik.

Dziękujemy Eaglemoss za udostępnione egzemplarze recenzenckie z Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics.

Tytuł: Batman: Długie Halloween, cz. I i II

Scenariusz: Jeph Loeb

Rysunki: Tim Sale

Kolor: Gregory Wright

Okładka: Tim Sale

Wydawca: Eaglemoss

Data wydania: 2016

Liczba stron: 204/224

Oprawa: twarda

Format: 17,5 x 26,2 cm

Druk: kolor

Oceń wpis:
[Głosów: 0]