Kultura na sobotę: Miracleman

Dodano: 17 grudnia 2016

[Głosów: 7]

Droga superbohatera.

„Miracleman” jako opowieść o psychologicznym dojrzewaniu

01

 

Uwaga: tekst zawiera spojlery dotyczące fabuły komiksu.

 

Jednym z ulubionych zabiegów artystycznych Alana Moore’a od zawsze było wzięcie najbardziej zużytych postaci, motywów czy gatunków fabularnych, przetworzenie ich po swojemu i w ten sposób ukazanie ich w zupełnie nowym świetle. W tej sytuacji nie może dziwić, że centralne miejsce w twórczości wybitnego Brytyjczyka zajmuje najbardziej wyeksploatowany gatunek komiksu, jakim jest opowieść superbohaterska.

Niewątpliwie najwybitniejszym dokonaniem Moore’a w tej dziedzinie są „Strażnicy”, którzy do dziś robią wrażenie ze względu na nowatorski charakter, wyjściowy koncept oraz formalną precyzję. Jednak jest komiks, który pod względem radykalności wizji przebija „Strażników”. Jest nim opublikowany niedawno w Polsce przez wydawnictwo Mucha Comics „Miracleman”.

„Miracleman”, choć nierówny i momentami niekonsekwentny, należy do najbardziej oryginalnych i najodważniejszych podejść do mitu superbohaterskiego. Zaliczany jest do nurtu rewizjonistycznego, który pojawił się w komiksie amerykańskim w latach osiemdziesiątych XX wieku, reprezentowanego przez takie tytuły jak wspomniani „Strażnicy” czy „Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera. Nie jest to jednak do końca słuszne, gdyż wymowa komiksu zmienia się stopniowo. Przyczyniły się do tego perturbacje wydawnicze; Moore początkowo planował zakończenie serii w 1985, jednak przeniesienie jej z Wielkiej Brytanii do USA, zmiana wydawcy (początkowo komiks miał być publikowany w Stanach przez oficynę Pacific Comics, która jednak upadła) i opóźnienia w publikacji kolejnych zeszytów spowodowały, że zamykający serię szesnasty zeszyt ukazał się dopiero w 1989 roku. A zatem pierwsze strony „Miraclemana” pisze niezwykle uzdolniony brytyjski twórca, stawiający pierwsze kroki w komiksie superbohaterskim i wyraźnie mający ambicje uderzy w podstawy tego gatunku; ostatni zeszyt tworzy już jednak Moore jako megagwiazda światowego komiksu, opromieniony sukcesami „Strażników” czy „Zabójczego żartu”, który w momencie, gdy wszyscy chcą go naśladować, odczuwa potrzebę pójścia w odwrotną stronę. W efekcie, choć pierwsza faza „Miraclemana” faktycznie mocno kwestionuje sens superbohaterskiego mitu (przynajmniej w dotychczasowej postaci), to już ostatni zeszyt Julian Darius nazywa „listem miłosnym” do superbohaterów. I nie jest przypadkiem, że praktycznie wszystkie kolejne komiksy superbohaterskie Alana Moore’a („Supreme”, „Promethea” czy „Tom Strong”) pozbawione są dekonstrukcyjnego tonu i stanowią w zasadzie apologię superbohaterskiego mitu.

02

„Miracleman” jest więc zapisem interesującej przemiany, obrazującym dojrzewanie samego autora, ale równolegle jest opowieścią o dojrzewaniu psychologicznym superbohatera. Proces ten dzieli się na trzy części, podobnie jak sam komiks; każdy z tomów odzwierciedla kluczowe momenty, które można sprowadzić do trzech dylematów: dylemat tożsamości (księga pierwsza, zatytułowana „Sen o lataniu”), dylemat celu (księga druga – „Syndrom Czerwonego Króla”) i dylemat metody (księga trzecia – „Olimp”).

Księga pierwsza: Kim jestem?

Księga pierwsza obejmuje jedenaście odcinków, opublikowanych pierwotnie w brytyjskim magazynie „Warrior”, a następnie umieszczonych w trzech pierwszych zeszytach edycji amerykańskiej. Przedstawione w niej wydarzenia prezentują pierwszy etap psychologicznego dojrzewania głównego bohatera, który można sprowadzić do dylematu tożsamości, reprezentowanego przez pytanie „kim jestem?”.

Protagonistę „Miraclemana”, Mike’a Morana, poznajemy w interesującym momencie. Moran nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest superbohaterem; prowadzi zwykłe, niezbyt satysfakcjonujące życie, w którym zmaga się ze złym samopoczuciem, problemami finansowymi i upokarzającą świadomością, że jego żona Liz zarabia więcej od niego. Od lat nawiedza go jednak sen, w którym jest latającym superherosem wypełniającym ważną misję w przestrzeni kosmicznej. W śnie pojawia się tajemnicze słowo, którego jednak po przebudzeniu Moran nie jest w stanie sobie przypomnieć.

Później dowiemy się, że sen jest wspomnieniem faktycznego wydarzenia, które miało miejsce osiemnaście lat wcześniej i w którym Moran – jako Miracleman – doznał poważnych obrażeń, skutkujących trwającą do chwili obecnej amnezją.

Wprowadzenie motywu snu jest bardzo ciekawym zabiegiem, którym Alan Moore dowodzi rozległej znajomości ludzkiej psychiki. Według senników sen o lataniu to przejaw nadmiaru energii i sił żywotnych, której śniący nie wykorzystuje w realnym życiu. Są sygnałem tego, że śniący stworzony jest do czegoś więcej. Zygmunt Freud, ojciec współczesnej psychoanalizy, uważał sny za bardzo ważny element życia psychicznego człowieka, odsłaniający jego nieakceptowane pragnienia, będące źródłem wewnętrznych konfliktów. Z kolei Carl Gustav Jung twierdził, że sny są naturalnym, twórczym przejawem nieświadomości. Reprezentują one te elementy osobowości śniącego, które są „zablokowane” na jawie, ujawniają wewnętrzne prawdy, których świadomy umysł jeszcze nie zna lub nie uznaje. I w tę koncepcję zdaje się wpisywać Moore: traumatyczne wydarzenia z przeszłości, które „zablokowały” pamięć o byciu Miraclemanem nie spowodowały, że tożsamość superbohatera zniknęła. Zepchnięta ze sfery świadomego myślenia, znalazła punkt zaczepienia w podświadomości, zaś tytułowy sen o lataniu, o byciu superbohaterem, jest głosem podświadomości przypominającym, że życie Mike’a Morana to coś więcej, niż bycie szarym, niespecjalnie udanym dziennikarzem. Głosem, którego Moran na razie nie jest jeszcze w stanie w pełni usłyszeć i zrozumieć.

Brakuje bowiem pewnego elementu, jakim jest słowo-klucz uruchamiające przemianę Morana w Miraclemana i na odwrót. Pomysł magicznej frazy powodującej przemianę został oczywiście skopiowany z genezy „Kapitana Marvela” przez oryginalnego twórcę postaci Miraclemana, czyli Micka Anglo. Jednak ujawnia pewien ciekawy, głębszy sens. Ów słowo-klucz ma dosłownie moc zmieniania rzeczywistości, co ma swoje konotacje religijne. „Na początku było Słowo, / a Słowo było u Boga, / i Bogiem było Słowo. / Ono było na początku u Boga. / Wszystko przez Nie się stało, / a bez Niego nic się nie stało, co się stało” – tak rozpoczyna się Ewangelia według świętego Jana, podkreślając stwórczą moc słowa. Ale można doszukać się tu także konotacji psychologicznych. Specjaliści od psychologii poznawczej zwracają uwagę na fakt, że to, jak nazwiemy określoną rzecz, wpływa na nasze postrzeganie tej rzeczy i w tym sensie słowa, których używamy, kreują naszą rzeczywistość, co często wykorzystywane jest w marketingu, biznesie, a przede wszystkim w polityce.

Podczas reporterskiej wizyty w elektrowni atomowej Mike Moran nareszcie odnajduje swoje magiczne słowo. Jego wzrok przypadkowo pada na odwrócony w szybie napis „Atomic”. Wypowiedziane niemal automatycznie przez Morana słowo „Kimota” powoduje gwałtowną przemianę w Miraclemana, która jest niczym wyzwolenie. „Osiemnaście lat tkwiłem uwięziony w tym starym, zmęczonym ciele” – mówi Miracleman, zaś eksplozję euforii wspaniale ilustruje niemal całostronicowy rysunek superbohatera, który unosi się do gwiazd i w geście triumfu krzyczy: „Jestem Miracleman… / Wróciłem!!!”.

03

Moran odkrywa więc, że jest obdarzonym nadludzkimi mocami superbohaterem, ale to dopiero pierwszy element procesu okrywania swojej tożsamości. Wraz z mocą powraca pamięć o genezie Miraclemana i tutaj po raz pierwszy wyraźnie widzimy dekonstrukcyjne zapędy Alana Moore’a. Autor ustami Liz wyśmiewa historię Miraclemana; kiedy Moran opowiada swojej żonie o tym, jak stał się superbohaterem, ta co chwila parska śmiechem i komentuje: „Sam pomyśl. Astrofizyk pojawia się i mówi ci o Głównej harmonicznej wszechświata… / która zmienia cię w mięśniaka w niebieskim trykocie? Wybacz, Mike, naprawdę. Ale to bardzo głupie!”.

Rzecz w tym że Liz ma rację. W zderzeniu z niezwykle realistycznie wykreowanym światem „Miraclemana”, przedstawiona przez Mike’a Morana geneza uzyskania mocy, prezentacja superpomocników i superwrogów – choć bardzo typowa dla komiksu superbohaterskiego tamtych czasów – wydaje się naiwna, kiczowata i nieprawdziwa. W finale pierwszego tomu dowiemy się dlaczego tak jest, jednak już teraz trudno nie zauważyć, że Moore dystansuje się od takiego postrzegania superbohaterskiej mitologii.

Ważnym elementem tożsamości każdego superbohatera są jego wrogowie. Można wręcz powiedzieć, że superłotrzy definiują superbohatera, pokazując mu kim nie jest, co go odróżnia od swojego nemezis. Dlatego nie przypadkiem Alan Moore już w następnym rozdziale przedstawia nam głównego przeciwnika Miraclemana na tym etapie opowieści (i jak się później okaże – całej serii). Scenarzysta ponownie wykazuje się jednak oryginalnym podejściem, czyniąc z arcywroga osobę, która wcześniej była partnerem superbohatera, czyli Jonathana Batesa – Kida Miraclemana.

Bates, podobnie jak Moran, ucierpiał osiemnaście lat wcześniej w eksplozji tajemniczej kosmicznej konstrukcji. Tyle że nie stracił pamięci, lecz swoje supermoce. Od tamtego czasu rzucił się w wir działalności biznesowej, która przyniosła mu ogromne bogactwo i – jak sam mówi – stracił „potęgę, aby stać się potężnym człowiekiem w zupełnie innej dziedzinie”.

Podczas spotkania w luksusowym wieżowcu Sunbust Cybernetics, którego Jonathan jest prezesem, Mike Moran odkrywa, że jego dawny przyjaciel jednak kłamie: w istocie nie jest Bates’em, lecz Kidem Miraclemanem, i nie tylko nie utracił swoich mocy, lecz na przestrzeni lat znacznie je rozwinął, wykorzystując do popełniania zbrodni.

04

Kolejne dwa rozdziały przedstawiają konfrontację obu nadludzi. Na początku ma miejsce znamienna scena, w której Kid Miracleman ognistym wzrokiem masakruje napotkaną sekretarkę Stephanie i robi to „tylko po to, by pokazać ci, że mogę robić takie rzeczy”. Pochylając się nad zwęglonymi szczątkami Stephanie, Moran myśli: „To mogłem być ja”. Moore wspaniale wykorzystuje tutaj dwuznaczność tego zdania. Można je interpretować jako poczucie, że to on mógł zająć miejsce Stephanie, mógł stać się ofiarą Kida Miraclemana i zginąć w straszliwy sposób. Ale zdanie: „To mogłem być ja” może równocześnie oznaczać uświadomienie sobie, że mógł się znaleźć na miejscu swego arcywroga, że gdyby nie amnezja, być może – będąc przez dwadzieścia lat najpotężniejszą istotą na świecie – sam stałby się upojonym swoją wszechmocą krwiożerczym potworem[i]. Kiedy wypowiada słowo „Kimota”, nie ma w nim już nic z euforii z pierwszego rozdziału: na jego twarzy rysuje się smutek, jego głos jest przygaszony i zrezygnowany. Mike Moran już wie, że bycie superbohaterem to nie tylko upajające loty do nieba, rozpierająca energia i euforyczne poczucie nadludzkiej mocy. To także ogromna odpowiedzialność i stawianie czoła przerażającym sytuacjom.

05

Kolejny istotny moment następuje już na następnej stronie, gdy do Kida Miraclemana podchodzi na ulicy Wayne, chłopiec będący miłośnikiem superbohaterów, mówiąc: „To Superman! Mamo spójrz… (…) A mówiłaś, że on nie istnieje! Ej! Pan jest Supermanem? (…) Film z Panem był świetny!”. Kid Miracleman wykorzystuje naiwność chłopca i udając, że jest Supermanem, rzuca nim w ścianę wieżowca.

Jak słusznie zauważa Julian Darius, Moore tworzy „Miraclemana” w momencie, gdy komiks superbohaterski dość powszechnie kojarzony jest z infantylną rozrywką dla dzieci. Wayne w pewnym sensie reprezentuje naiwne, dziecięce postrzeganie mitu superbohaterskiego (wzmocnione odwołaniem do słynnego filmu Richarda Donnera „Superman” z 1978 roku, który stanowi symboliczne uosobienie „czystego”, naiwnego superbohaterstwa), które w zderzeniu z brutalnością realnego świata nie ma żadnych szans na przetrwanie. Tak, jakby Moore chciał czytelnikom uzmysłowić, że stara, naiwna wersja superbohaterskiego mitu nie ma już racji bytu, czeka ją już tylko zniszczenie (dekonstrukcja). I choć Wayne zostaje ostatecznie ocalony przez Miraclemana, odbędzie się to kosztem fizycznych, i zapewne także psychicznych, urazów. Takie są skutki działań superbohaterów w realnym świecie.

Kolejne strony prezentują pełne brutalności starcie obu nadistot. Miracleman, choć walczy z pełną desperacją, nie ma szans w pojedynku z Kidem, który kilkukrotnie w tym fragmencie porównywany jest do smoka, potężnej nieludzkiej bestii, jakże odmiennej od dotychczas spotykanych w komiksie superbohaterskim arcyłotrów. Miracleman praktycznie przegrywa tę walkę, ratuje go jedynie fakt, iż Kid Miracleman przypadkowo wypowiada słowo „Miracleman”, które dla niego z kolei jest hasłem aktywującym przemianę w Jonathana Batesa. Miracleman zamierza zadać Batesowi śmiertelny cios, ale wówczas orientuje się, że Jonathan jest jedynie trzynastoletnim, zagubionym chłopcem, który utknął w nierzeczywistym wymiarze, gdyż na osiemnaście lat zastąpił go zdeprawowany Kid Miracleman.

06

Kończąca pierwszą historię walka stanowi ważny etap w kształtowaniu się tożsamości superbohatera. Miracleman dzięki niej uświadamia sobie, że droga superbohatera to także cierpienie i podejmowanie dramatycznych wyborów, a przede wszystkim ciągłe stąpanie po krawędzi, za którą czyha otchłań złowrogiego szaleństwa i upojenia własną wszechmocą.

Kid Miracleman podczas walki zdradza jeszcze jedną ważną rzecz, mianowicie głęboko skrywane kompleksy wobec Miraclemana. Przez wiele lat był tylko pomocnikiem o wiele potężniejszego superherosa, pozostając zawsze w jego cieniu. W świecie komiksów superbohaterskich (dzięki odmiennemu upływowi czasu) nie jest to żaden problem, młodociani pomocnicy superbohaterów potrafią pełnić tę rolę z poświęceniem przez całe dziesięciolecia. Ale w realnym świecie wieczne bycie w cieniu mentora rodzi frustrację, złość i chęć udowodnienia za wszelką cenę, że jest się lepszym. W ten sposób ujawnia się kolejny ważny element superbohaterskiej tożsamości: pojawienie się obdarzonej nadludzkimi mocami istoty deformuje rzeczywistość wokół niej, wpływa na jej najbliższych (Liz), współpracowników (Kid Miracleman) a nawet na cały świat, co zobaczymy w finale „Miraclemana”.

Warto zauważyć, że wykreowany przez Moore’a arcyłotr różni się znacznie od tych, których spotkać można wcześniej w komiksie superbohaterskim. Kid Miracleman łączy w sobie władzę wynikającą z supermocy i superbogactwa. Mit superbohatera i mit kapitalistycznego sukcesu nakładają się na siebie czyniąc z superbogacza arcyłotra.

Taka konstrukcja nie jest przypadkiem. Moore napisał tę część „Mirclemana” na początku lat 80-tych, w dobie intensywnego postępowania w świecie zachodu społecznego rozwarstwienia. Kultywowana od ponad stu lat idea szlachectwa, które zobowiązuje (obligująca bogaczy do wspierania słabszych, wykorzystywania swoich pieniędzy do czynienia dobra) przestaje obowiązywać. Bogactwo staje się tak wielkie, że zaczyna służyć samemu sobie, zmienia bogacza w zdeprawowanego potwora o wykrzywionym oglądzie rzeczywistości. Wyznający lewicowe ideały Moore z pewnością dostrzegał w tym zjawisku poważne zagrożenie, zaś w multimilionerach kandydatów na realnych arcyłotrów. Warto dodać, że identyczny pomysł scenarzysta wykorzystał w swoim kolejnym dziele („Strażnikach”), tworząc postać Ozymandiasza.

Dramatyczne starcie z byłym przyjacielem nie kończy jednak procesu poszukiwania tożsamości Miraclemana. Wkrótce wyjaśni się zagadka genezy superbohatera; zanim to jednak następuje, Mike Moran za namową swej żony w ustronnym miejscu testuje swoje moce. To kolejny ważny element kształtowania tożsamości – samopoznanie, zbadanie limitów swoich możliwości, zrozumienie natury swoich mocy. Liz słusznie zauważa, że szczupła sylwetka Miraclemana i „muskuły jak u baleriny” nie tłumaczą ogromnej siły superbohatera, i że prawdziwym źródłem mocy może być jego umysł, a nie ciało. Liz po raz pierwszy wypowiada również na głos przypuszczenie, że Mike Moran i Miracleman to dwie różne osoby, zastępujące się nawzajem po wypowiedzeniu magicznego słowa.

Kwestia podwójnej tożsamości wiąże się niemal nierozerwalnie z superbohaterską mitologią. W zasadzie każdy superheros, na przemian z niezwykłymi czynami, prowadzi normalne, cywilne życie pod imieniem i nazwiskiem. Często ukrywa przed opinią publiczną swą prawdziwą tożsamość, aby chronić siebie i swoich bliskich przed zemstą wrogów.

Jest jednak grupa bohaterów, u których cywilna tożsamość i superbohaterskie alter ego przemieszały się tak bardzo, że nie sposób ustalić, kto właściwie przebiera się za kogo. Wzorcowym przykładem jest Batman: czy Bruce Wayne przebiera się w kostium Mrocznego Rycerza, aby walczyć ze zbrodnią, czy też jest na odwrót – Batman przebiera się w kostium Bruce’a Wayne’a, aby odgrywać rolę znudzonego playboya i odciąga uwagę od swojej misji?

W „Miraclemanie” Alan Moore postanawia potraktować dylemat podwójnej tożsamości z całą powagą i dosłownością: wkrótce dowiemy się, że Miracleman i Mike Moran to rzeczywiście dwie różne istoty. Nie tylko nie dzielą ze sobą ciał, ale także umysłów, a nawet uczuć – emocjonalna przepaść między błyskotliwym, naładowanym pozytywnymi emocjami superherosem, a depresyjnym, przygniecionym trudami mało satysfakcjonującego życia Moranem jest ogromna.

Ten podział implikuje niezwykle poważne konsekwencje. Choć mogłoby się wydawać, że bycie superbohaterem to najlepsze, co mogło Mike’a Morana spotkać, w gruncie rzeczy ciągłe porównywanie się z Miraclemanem tylko pogłębia jego frustrację. „Jego myśli różnią się od moich.” – mówi swojej żonie – „Są niczym poezja lub coś w tym stylu. Jego emocje… / Jego emocje są tak czyste. Kiedy on cię kocha, to całym sobą. Jego miłość jest tak silna, bezpośrednia i czysta… / Kiedy ja cię kocham, wszystko kręci się wokół tego, kto nie zmywa naczyń i innych pokręconych, neurotycznych drobiazgów w tym stylu.” Sytuacja jeszcze się pogarsza, gdy Liz oświadcza Mike’owi, że zaszła w ciążę po nocy spędzonej z Miraclemanem. „Nie mogłem dać ci dziecka, a po jednej nocy z nim… Chryste, Liz. On jest po prostu lepszy ode mnie. We wszystkim.”

07

Moran odczuwa zazdrość o Miraclemana, czuje się upokorzony wszystkim, co on robi i co sobą reprezentuje. Rywalizując z ideałem jest bez szans, co prowadzi go do dramatycznej konstatacji: „Chwilami chcę być nim cały czas, a chwilami chciałbym, żeby zniknął i zostawił nas samych”. To bardzo ważne słowa, wskazujące, iż Moran rozumie, że na dłuższą metę możliwe są dwa wyjścia: albo będzie musiał na stałe przemienić się w Miraclemana, albo na zawsze odesłać swoje lepsze alter ego w niebyt. Słowa te okażą się prorocze.

Pojawienie się Evelyna Creama, czarnoskórego zabójcy z szafirowymi zębami, uruchamia łańcuch wydarzeń drugiej części pierwszej księgi. Prowadzą one Miraclemana do bunkra, w którym ukryte są sekrety tajemniczego projektu „Zaratustra”, mającego ścisły związek z powstaniem superbohatera. Zanim jednak odkryje on sekrety swojej przeszłości, na jego drodze staje kolejny superprzeciwnik – Big Ben, którego zadaniem jest chronić dostępu do bunkra.

08

Pojedynek obu superistot to dla Alana Moore’a kolejna próba naruszenia skostniałych reguł gatunku oraz igrania z oczekiwaniami czytelnika. Pierwsza połowa pierwszej księgi komiksu skonstruowana jest wokół starcia z arcywrogiem Kidem Miraclemanem, zaś finałowa konfrontacja stanowi zgodnie z zasadami superbohaterskiej opowieści punt szczytowy tego wątku fabularnego. Głównym „bossem” drugiej części pierwszej księgi jest z kolei Big Ben. Moore nagle jednak wywraca wszystko do góry nogami: Big Ben okazuje się kuriozalną postacią, jakby wyrwaną z zupełnie innego komiksu. Przy realistycznym Miraclemanie wydaje się wręcz parodią superbohatera, i to pod każdym względem: ideologicznego postrzegania świata (uważa Miraclemana za podstępnego agenta komunistów), sylwetki (karykaturalnie wyolbrzymione mięśnie), kostiumu (absurdalna róża wpięta w kamizelkę, melonik i opaska na oczy, która niczego nie zakrywa), czy wreszcie niedorzecznej broni (parasol). Mimo monstrualnej sylwetki, Big Ben jest całkowicie bezradny wobec mocy Miraclemana i przegrywa konfrontację z kretesem. Groteskowość Big Bena uderza jeszcze bardziej, gdy zestawimy go z „bossem” z pierwszej części, przerażającym i demonicznym Kidem Miraclemanem.

Moore bardzo surowo obszedł się z postacią Big Bena, być może dlatego, że została mu ona niejako narzucona. Jej pojawienie się w komiksie wymógł na brytyjskim scenarzyście ówczesny redaktor magazynu „Warrior”, Dez Skinn, który wymyślił Big Bena kilka lat wcześniej. Jego włączenie do fabuły „Miraclemana” miało być elementem budowania większego uniwersum, obejmującego różne seriale z łamów magazynu. Zresztą w tym samym celu Moore wprowadził także postacie Kowali Przestrzeni.

Z drugiej jednak strony, jeśli się dobrze zastanowić, to Big Ben w gruncie rzeczy nie jest parodią, a jedynie uosobieniem istoty superbohaterskiego mitu ery „premoorowskiej”. Przeglądając komiksy z lat 70-tych i wcześniejszych, bez trudu znajdziemy setki równie, a może jeszcze bardziej kuriozalnych postaci. Pojedynek Big Bena z Miraclemanem można więc odczytywać jako konfrontację nowego (realistycznego, mrocznego, o rozbudowanej psychologii) typu superbohatera ze starym (nierealistycznym, naiwnym i kiczowatym). Konfrontację, w której ten drugi jest bez szans.

Warto na chwilę zatrzymać się jeszcze przy nazwie projektu kreacji superbohaterów, który wprost odwołuje się do najsłynniejszego dzieła niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, zatytułowanego „Tako rzecze Zaratustra”. To właśnie w nim Nietzsche sformułował koncepcję nadczłowieka, czyli istoty przyszłości, która zastąpi pustkę po umarłym bogu. Nadczłowiek powstaje poprzez pokonanie w sobie człowieka i jego ograniczeń. W ten sposób zyskuje nadludzkie możliwości, które sprawiają, że nie ograniczają go żadne normy moralne ani prawo. On, jako najsilniejszy, ustala prawo i dowolnie kształtuje rzeczywistość według własnego osądu.

Koncept nadczłowieka posłużył później Shusterowi i Siegelowi jako jedna z inspiracji do wykreowania postaci Supermana, ale także – w zdeformowanej formie – zainspirował ideologów III Rzeszy do stworzenia idei „rasy Panów”, czyli Niemców jako narodu reprezentującego idealną, czystą rasę, mającą prawo do panowania nad innymi. W tym kontekście trudno nie dostrzec, że Miracleman – ze swoimi blond włosami, doskonałą budową ciała i nadludzkimi zdolnościami – stanowi stuprocentowe ucieleśnienie aryjskiego ideału, promowanego przez nazizm.

Finałowy rozdział pierwszej księgi, zatytułowany po prostu „Zaratustra”, rozpoczyna się obrazem wzburzonego Miraclemana, który w szale niszczy wnętrze bunkra. Następnie komiks cofa się w chronologii zdarzeń, aby stopniowo wyjawić czytelnikom, czego dowiedział się superbohater i co wywołało w nim tak skrajną reakcję.

Widzimy Miraclemana studiującego znalezione w bunkrze materiały filmowe prezentujące projekt „Zaratustra”. Polegał on na wykorzystaniu technologii odkrytej w szczątkach rozbitego na Ziemi statku kosmicznego do stworzenia superczłowieka. W tym celu sklonowano młodego sierotę Mike Morana, zmieniając genotyp klona w taki sposób, aby nadać mu nadludzkie cechy. Następnie obydwóm wszczepiono w mózg podprzestrzenny wyzwalacz, który po uruchomieniu przy pomocy zakodowanego posthiptoczycznie słowa-klucza przenosi ludzkie ciało do podprzestrzeni, a ciało super-repliki do naszego świata.

Informacje te są potwierdzeniem tego, co Moran podejrzewał już wcześniej. Wściekłość budzi w nim co innego; otóż okazuje się, że twórcy programu, aby zapewnić pełną kontrolę nad umysłem Miraclemana i jego pomocników, umieścili ich w stanie snu w całkowicie sztucznej symulacji rzeczywistości. Podczas tego specyficznego, trwającego osiem lat snu, Miraclamanowi wszczepiano fałszywą wiedzę o świecie, przeszłości, a także okolicznościach uzyskania nadludzkich mocy (w tym wyśmiewaną przez Liz historię o „Astrofizyku” i „Głównej harmonicznej wszechświata”). Innymi słowy, całe dorosłe życie Miraclemana (do momentu utraty pamięci) okazuje się jednym wielkim wygenerowanym komputerowo kłamstwem.

09

Zrozumienie prawdziwej natury otaczającej rzeczywistości jest ostatnim, brakującym elementem potrzebnym superbohaterowi do odzyskania prawdziwej tożsamości. Niczym Neo w „Matrixie”, który musi poznać prawdę o rzeczywistości, aby zrozumieć kim jest, Miracleman odkrywając, że przez 8 lat żył w kłamstwie, ostatecznie zdaje sobie sprawę ze swojej tożsamości. To odkrycie wywołuje w nim ogromny gniew i agresję, jednak wyładowanie tych negatywnych emocji paradoksalnie prowadzi do akceptacji i uczynienia – już w kolejnej księdze – następnego kroku w procesie psychicznego dojrzewania.

Warto zauważyć, że o wszystkim dowiaduje się także Big Ben, również karmiony latami sztuczną rzeczywistością. Jednak jego reakcja jest skrajnie odmienna: mając do wyboru słodkie kłamstwo i gorzką prawdę, wybiera to pierwsze; zamiast wpaść w gniew, odrzuca zastaną rzeczywistość i wybiera dalsze życie w iluzji, co skutkuje całkowitą utratą kontaktu z rzeczywistością. Dołączony do rozdziału epilog, w którym lekarze zabierają Big Bena do szpitala psychiatrycznego (a jemu się wydaje, że to inni herosi przybyli mu na pomoc) jest najlepszym świadectwem skali jego upadku, nie tylko jako superbohatera, ale i człowieka.

10

Jeśli jednak uznamy, tak jak wcześniej, że Big Ben jest symbolem starego, naiwnego podejścia do superbohaterów, zaś Miracleman – nowego, realistycznego, wówczas finał pierwszej księgi zyskuje jeszcze jedno, metatekstowe znaczenie. Moore zdaje się mówić: mit superbohaterski przetrwa tylko wtedy, gdy zrezygnuje z naiwnego eskapizmu i przyjmie nowe reguły, narzucone przez współczesnego czytelnika. W przeciwnym razie czeka go odesłanie do lamusa historii…

Księga druga: Po co jestem?

U początku drugiej części „Miraclemana” widzimy dalsze pogłębianie się rozdźwięku między Mike’em Moranem oraz jego cudownym alter ego. Moran coraz trudniej dogaduje się ze swoją żoną, a kiedy brak mu argumentów po prostu ucieka od problemu zamieniając się w Miraclemana. Sam superbohater jednak również wydaje się tkwić w bezczynności: spędza czas w parku, nie robiąc nic konkretnego. Nie korzysta ze swoich mocy, aby robić cokolwiek dobrego. Brak mu celu.

Dopiero porwanie ciężarnej Liz przez doktora Gurgunzę pobudza Miraclemana do działania. Gurgunza, autor projektu „Zaratustra” i twórca Miraclemana, domyśla się, że jego nienarodzone dziecko odziedziczyło nadludzkie możliwości, postanawia więc je przechwycić i wszczepić w nie swój umysł, tym samym zyskując nieśmiertelność jako nadczłowiek.

Ciąża Liz ustawia kluczowe postaci tej części w ciekawym, zgoła biblijnym układzie. Miracleman wielokrotnie nazywany bywa w komiksie (zarówno przez inne postacie, jak i samego Moore’a) istotą boską. Jego dziecko jest zatem moorowskim odpowiednikiem Syna Bożego (w tym wypadku Córki), czyli Jezusa – Mesjasza, który ma przynieść Dobrą Nowinę. Liz w tym kontekście będzie oczywiście odpowiednikiem Maryi, zaś Mike Moran – Józefa, który – przełykając dumę – musi zaopiekować się dzieckiem spłodzonym nie przez siebie, lecz przez samego boga.

Ta nowotestamentowa parabola łączy się w „Miraclemanie” z filozofią XVIII-wiecznego biskupa George’a Berkeley’a. Według niej wszystkie przedmioty, które postrzegamy są jedynie ideami w naszym umyśle i nie istnieją poza nim. Informacje, które otrzymujemy ze zmysłów, to w dużej mierze efekt naszych wyobrażeń o tym czego doświadczamy. Jeśli więc czujemy, że siedzimy na krześle, to wcale nie oznacza, że ono faktycznie istnieje i jest pod nami; raczej odbieramy jedynie nasze wyobrażenie o tym fakcie, zaś wrażenia nie są tożsame z doświadczeniami.

Subiektywność ludzkiej percepcji nie oznacza jednak, że świat materialny w rzeczywistości nie istnieje. Berkeley wprowadza tu teorię immaterializmu, czyli pogląd, że skoro przedmioty zmysłowe nie mogą istnieć inaczej, niż tylko w naszym umyśle i jednocześnie nie znikają, kiedy o nich nie myślimy, to istnieje jakiś nieskończony wszechobecny Duch, który obejmuje swoim umysłem cały świat i podtrzymuje go. Innymi słowy, istnieje Bóg, który wyobraża sobie cały świat, wszystkie istniejące w nim istoty i przedmioty, zapewniając mu w ten sposób ciągłość istnienia.

Koncepcje Berkeleya zostały dość chłodno przyjęte przez ówczesnych filozofów, stanowią jednak do dziś ważny element rozwoju filozofii poznania. Co ciekawe, z jednej strony uzyskały częściowe potwierdzenie we współczesnej psychologii, zarówno w kontekście złożonego postrzegania rzeczywistości (np. to, jak będziemy postrzegać dane wydarzenie może istotnie wpływać na jego przebieg), jak i wywoływania konkretnych wrażeń (np. poprzez stymulację określonych części mózgu można wywołać uczucie bólu w nieistniejącej, amputowanej kończynie), z drugiej zaś strony – okazały się zaskakująco inspirujące dla fantastyki naukowej. Idea subiektywności postrzegania świata i wynikające z tego konsekwencje leżą u podstaw nie tylko „Miraclemana”, ale także choćby trylogii filmowej „Matrix” sióstr Wachowski, komiksowej serii „Invisibles” Granta Morrisona czy znakomitego opowiadania „Kongres futurologiczny” Stanisława Lema.

Moore wprowadza berkeleyowską filozofię przy pomocy nawiązania do Czerwonego Króla, jednego z bohaterów „Alicji w Krainie Czarów”, który pogrążony jest we śnie. W powieści Lewisa Carrolla Tweedledee przekonuje Alicję, że Czerwony Król śni właśnie o niej i przedstawia także konsekwencje tego założenia – jeśli Czerwony Król się obudzi, Alicja przestanie istnieć. Podobnie zresztą jak wszyscy inni, gdyż cały świat jest jedynie iluzją, snem wytworzonym przez uśpioną wyobraźnię władcy. Czerwony Król jest zatem niczym Bóg Berkeleya, któremu śni się cały świat.

12

Dwuczęściowy epizod „Miraclemana”, zatytułowany „Syndrom Czerwonego Króla”, pozornie bardziej pasowałby do pierwszej księgi, gdyż odsłania kulisy wspomnianego wcześniej „wszczepiania”, polegającego na umieszczeniu Miraclemana wraz z towarzyszami w wygenerowanych komputerowo, kontrolowanych snach. W tym epizodzie superbohaterowie przemierzają Sleepy Town, groteskowe miejsce, które ma umocnić „kraty mentalnego więzienia”, jak to określa sam Gurgunza. Jednak dzieje się coś dokładnie przeciwnego: podświadomość uśpionego Miraclemana wciąż podsuwa mu sugestie, że coś jest nie tak, że to, czego doświadcza, nie jest prawdziwe. Siła jego umysłu zdaje się walczyć z narzuconą iluzją oraz istotnie modyfikować jej kształt. Superheros ma więc moc Czerwonego Króla: to on w gruncie rzeczy śni i to on kształtuje śnioną rzeczywistość. Gurgunza porównuje Miraclemana do Czerwonego Króla, i do tego, że nikt nie śmiał go zbudzić, gdyż wszyscy bali się, że są częścią jego snu, więc cała rzeczywistość mogłaby zniknąć. Jego współpracownik pyta przerażony: „Ale… świat się nie zakończy, jeśli te stwory [Miracleman i jego towarzysze] się obudzą, prawda?”. „Nasz – tak” – odpowiada Gurgunza i oczywiście ma na myśli świat swojego projektu „Zaratustra” – przebudzenie herosów oznaczać będzie klęskę projektu i jego koniec. Jednak już cztery strony później metaforyczna odpowiedź Gurgunzy nabiera szokującej dosłowności: doświadczane w śnie przeżycia powodują, iż zmienia się wygląd kostiumu Miraclemana w realnym świecie. Tym samym staje się jasne, że protagonista nie tylko jest bogiem w swoim śnie i potrafi modyfikować zaimplementowaną rzeczywistość sztucznego snu; jest także bogiem w naszym, realnym świecie i ma moc kształtowania go według własnej woli. Albo – jak powiedziałby biskup Berkeley – wszystkie postacie komiksu, cała jego rzeczywistość, została wykreowana w boskim umyśle Miraclemana.

13

Istotą filozofii Berkeleya wydaje się pogląd, że nie ma czegoś takiego jak obiektywna rzeczywistość, że wszystkie doznania z gruntu są subiektywne. Moore – wpisując się w tej pogląd – całkowicie odwraca perspektywę: skoro rzeczywistość jest subiektywnym tworem, zaś Miracleman ma moc modyfikować ją, to powinien z niej skorzystać, aby uczynić tę rzeczywistość lepszą. Tym samym superbohater przechodzi przez drugi etap swojego dojrzewania – odsłania się przed nim zadanie, cel istnienia, a jest nim wprowadzenie nowego ładu. Oczywiście on sam jeszcze tego nie wie – po pokonaniu siepaczy Gurgunzy Miracelman mówi: „Nie chcę przejmować świata. Mam tylko dwa życzenia. / Chcę odzyskać żonę. / I dorwać ciebie. / Ciebie Gurgunza”. W pełni zrozumie berkeleyowską wizję świata dopiero w trzeciej księdze, podczas wizyty na planecie Qys. „Sytuacja wyglądała na nierzeczywistą. Była barwnym, rozpalonym snem. / Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy rzeczywistość zdała mi się ułudą nie posiadającą zasad. / Wtedy też zmienił się mój sposób postrzegania rzeczywistości.” – mówi wówczas protagonista w wewnętrznym monologu.

Aby Miracleman zrozumiał cel swego istnienia, potrzebny jest jeszcze ktoś, kto mu ten cel objawi. Tym kimś jest córka superbohatera, stąd tak ważne są z jednej strony odzyskanie ciężarnej Liz, a z drugiej strony poród, który staje się centralnym momentem całej drugiej księgi (dzięki czemu Moore znów łamie schemat opowieści superbohaterskiej). Scena narodzin obejmuje aż pięć stron i zawiera niezwykle detaliczne ujęcia kobiecych organów płciowych (co zmusiło wydawcę do umieszczenia na okładce dziewiątego zeszytu ostrzeżenia dla rodziców). Poszczególne etapy porodu zestawione są z podsumowaniem dotychczasowych kluczowych momentów z życia Miraclemana, co uwypukla wrażenie, że wszystkie one miały doprowadzić do tego właśnie momentu – narodzin córki, która okaże się iskrą, zapoczątkowującą ogień przemian.

14

Księga trzecia: Jak to zrobić?

Trzecia księga „Miraclemana”, zrealizowana już w całości na rynek amerykański, ma odmienną strukturę. W przeciwieństwie do poprzednich ksiąg, które posiadają z grubsza linearną fabułę, „Olimp” wije się, co chwila skacząc w przód i w tył w czasie. Już pierwsza plansza tej księgi pokazuje nam, jak saga się zakończyła: widzimy herosa w wybudowanej przez siebie cudownej, monstrualnej siedzibie (tytułowym Olimpie), spisującego swoje dzieje. Wiemy już, że Miracleman spełnił swoją misję i całkowicie odmienił ziemską rzeczywistość; pozostaje nam podążać meandrami fabularnymi księgi, aby dowiedzieć się, jakich metod do tego użył.

15

Z mozaiki zaprezentowanych zdarzeń cztery prowadzą Miraclemana do rozwiązania trzeciego, ostatniego dylematu – dylematy metodologii, czyli środków, jakich należy użyć, aby zrealizować cel.

Pierwszym wydarzeniem jest odejście córki. O jej niezwykłości przekonujemy się jeszcze w końcówce drugiej księgi, kiedy to zaraz po narodzinach wypowiada swoje pierwsze słowo, zaś jakiś czas później ujawnia moce parapsychiczne, pozwalające jej uspokoić znerwicowaną Liz. Winter (jak twierdzi sama wybrała sobie to imię i podsunęła je telepatycznie matce), będąc kilkunastomiesięcznym dzieckiem potrafi mówić, latać i przerasta inteligencją jakiekolwiek umysły na ziemi. Aby zdobyć nowe umiejętności postawia udać się na Qys, ojczystą planetę Tytanów, którą nieco wcześniej poznaje również Miracleman. Winter powraca w finałowym zeszycie serii (trzy lata później w świecie przedstawionym) i wydatnie pomaga Miraclemanowi w zaprowadzeniu nowych porządków na Ziemi.

19

Drugim kluczowym wydarzeniem jest pojawienie się Miraclewoman – superbohaterki, która także jest produktem projektu „Zaratustra” i posiada podobne nadludzkie umiejętności. Już pierwsza prezentacja postaci na kartach komiksu podkreśla jej spektakularną urodę i prezencję, zarówno rysunkiem, jak i słownym komentarzem („… była chłodna i lśniąca niczym skalna statua. I nieskazitelnie czysta (…). Afrodyta wyłoniła się z piany (…)”). Porównanie do greckiej bogini piękna i miłości od samego początku ustawia Miraclewoman w pozycji boskiej, równej Miraclemanowi, a jednocześnie w pozycji obiektu erotycznej fascynacji. Miłosne napięcie pomiędzy obiema postaciami wyczuwalne jest od samego początku i rośnie aż do eksplozji: w momencie gdy, oboje kończą budowę Olimpu, futurystycznej siedziby o wysokości ośmiu kilometrów, padają sobie w ramiona i odbywają podczas lotu w powietrzu niezwykły akt seksualny. Nawiasem mówiąc, scena ta ciekawie koresponduje z początkiem komiksu: po raz pierwszy widzimy Miraclemana lecącego w przestrzeni kosmicznej w śnie Mike’a Morana; epizod ten nazywa się „Sen o lataniu”. Warto zwrócić uwagę, iż sny o lataniu często interpretowane są jako przejaw potencji, seksualnej energii lub symbol seksualnego aktu.

16

Pojawianie się Miraclewoman okaże się później katalizatorem zmian. Mając w niej oparcie, Miracleman jest gotów podjąć w przyszłości szereg radykalnych decyzji. Dzięki zaspokojeniu erotycznemu znajduje w sobie nowe pokłady ogromnej energii twórczej, która pozwala wdrożyć jego plany w życie. Miraclwoman zresztą sama zdaje sobie sprawę z twórczej energii, płynącej ze sfery seksualnej: znamienna jest scena, w której podczas wizyty na planecie Qys, słysząc o odwiecznym konflikcie między dwiema cywilizacjami, superbohaterka proponuje im zamiast toczenia wojen… uprawianie seksu. „To oczywiste. Jeśli dwa organizmy lub dwie kultury są zmuszane do kontaktu, może on być tanatyczny i destrukcyjny lub erotyczny i kreatywny.” – przekonuje zaskoczonych przedstawicieli obu kosmicznych ras. Pomysł Miraclewoman okazuje się trafiony i zażegnuje długotrwały konflikt.

25

Miraclewoman dokonuje jeszcze jednej, być może najważniejszej rzeczy, mianowicie przekonuje ostatecznie Miraclemana, że jako istota wyższa ma prawo do kształtowania Ziemi i życia jej mieszkańców wedle własnej koncepcji, nawet za cenę odebrania im wolnej woli. Kiedy Huey Moon, jeden z członków drużyny Miraclemana mówi, że „jak jakiś maluch chce się napić wybielacza, musimy odebrać mu wolną wolę”, Miracleman odpowiada nieprzekonany: „Sam nie wiem. Sprawa ludzkiej wolnej woli jest bardziej skomplikowana…”. Wówczas Miraclewoman wypowiada kluczowe słowa: „Czy ludzie zadręczali się podobnymi problemami w przypadku wolnej woli krów lub przeznaczeniem ryb? / Poza tym niczego im nie odbieramy. Otrzymają możliwość wykorzystania wolnej woli w stopniu, o jakim im się nie śniło, ani o jakim nie marzyli. / Będziemy ich kochać, Michaelu. Sprawimy, że staną się doskonali.” Od tego momentu Miracleman nie przejawia już żadnych wątpliwości i rozpoczyna wcielanie w życie swojego planu.

Stopniowe zbliżanie się do Miraclewoman odbywa się równolegle do procesu stopniowego oddalania się od Liz. Choć rozpad tego związku następuje w trzeciej księdze, symptomy widzimy właściwie od samego początku. Kiedy Liz po raz pierwszy widzi swojego męża w świetlistej postaci Miraclemana, jej pierwszą reakcją jest strach przed obcą, niemal boską istotą. Na początku drugiej księgi oboje uprawiają seks, ale widzimy, że ekstaza miesza się w Liz z poczuciem bezbronności i przerażenia. Pojawienie się cudownej Miraclewoman jeszcze bardziej uzmysławia jej, że jest jedynie kruchą, bezbronną istotą w ramionach potężnego bóstwa. „Nawet spanie z tobą nie jest takie, jak powinno. Czuję, jakbym była zwierzęciem, a ty… przedstawicielem wyższego gatunku.” – mówi Miraclemanowi, podejmując decyzję o rozstaniu. Warto zaznaczyć, że Liz czuje w tej sytuacji wobec Miraclewoman to samo, co czuł wcześniej Mike Moran wobec Miraclemana – upokarzające poczucie rywalizowania z ideałem, którego nie można doścignąć.

Trzecim kluczowym wydarzeniem jest symboliczny pogrzeb Mike’a Morana. Mike w kwietniu 1983 udaje się w szkockie góry, gdzie przemienia się w superbohatera i buduje symboliczny grób z kamieni, na szczycie którego umieszcza kartkę „Michael Joseph Moran 1942-1983 Spoczywaj w pokoju”. Od tej chwili Miracleman już na zawsze pozostaje w superbohaterskiej postaci. Tym samym wypełnia się przeczucie Morana, wyrażone w pierwszej księdze, iż na dłuższą metę współistnienie obu postaci nie jest możliwe i albo na trwałe przeobrazi się w Miraclemana, ale będzie zmuszony porzucić tę postać na zawsze. Wybiera to pierwsze, zaś akt ten doskonale koresponduje ze słowami Friedricha Nietzsche, według których nadczłowiek narodzi się poprzez śmierć człowieka. Co ciekawe, ten moment odzwierciedla także słowa biblijnego Nowego Testamentu, zgodnie z którymi, abyśmy mogli się narodzić do nowego, boskiego życia musi umrze w nas stary, grzeszny, słaby człowiek.

20

Czwartym ważnym momentem jest ponowne uwolnienie się Kida Miraclemana. Moore w drugiej i trzeciej księdze co jakiś czas powraca do wątku tej postaci; widzimy zatem, że Jonathan Bates po wydarzeniach z pierwszej księgi przebywa w szpitalu psychiatrycznym, gdzie trwa w swego rodzaju katatonii. Bates ukrywa jednak przed światem swój sekret: emanacja Kida Miraclemana mieszka we wnętrzu psychiki chłopca i bezustannie torturuje go, aby w chwili jego słabości znów wyrwać się do zewnętrznego świata. Bates zmaga się ze sobą bez ustanku, zaś sytuację pogarsza fakt, iż staje się ofiarą prześladowania ze strony grupy złośliwych chłopców, również mieszkających w placówce. W końcu prześladowcy przekraczają barierę wytrzymałości Batesa, dokonując na nim analnego gwałtu. Psychika chłopca załamuje się, zaś uwięziony w niej demoniczny Kid Miracleman odzyskuje upragnioną wolność i przedostaje się do rzeczywistego świata siejąc, śmierć i zniszczenie.

21

Warto zatrzymać się na chwilę przy scenie gwałtu, gdyż ma ona interesujący symboliczny wydźwięk.

Jak zwraca uwagę Janine Chasseguet-Smirgel w swoim tekście „Religie diabła”, Freud w jednym ze swoich listów z 1897 roku do Fliessa dostrzega ścisły związek pomiędzy praktykami satanistycznymi i fascynacją złem, a seksualnymi zboczeniami. Według listu Freud przygotowywał się do napisania rozprawy na ten temat, choć faktycznie nigdy jej nie napisał. Jednak inne jego prace zawierają wiele elementów pozwalających odtworzyć jego tok myślenia.

Freuda zainspirowała do tego tematu mnogość mitów i opowieści o tym, że złoto darowane przez diabła różnym ofiarom zawsze ostatecznie zamieniało się w odchody oraz że ma on dar plugawienia kałem wszystkiego, nawet rzeczy wartościowych. Faza analna (mająca miejsce zazwyczaj pomiędzy 18 i 36 miesiącem życia dziecka) jest jednym z kluczowych momentów w psychoanalitycznej koncepcji rozwoju psychoseksualnego człowieka. W tym wieku dziecko czerpie przyjemność z wydalania i najważniejszą rzeczą, jakiej musi się nauczyć, jest trening czystości. Według Freuda nadmierne karanie dziecka za zanieczyszczanie się może w przyszłości skutkować blokadą w osiąganiu seksualnej przyjemności, z kolei niestawianie żadnych ograniczeń może doprowadzić w dorosłości do nadmiernie rozbudzonej seksualności i zboczeń. Prawidłowe przejście fazy analnej jest konieczne do osiągnięcia kolejnych stadiów rozwoju, w tym ostatniego – genitalnego – który owocuje w dorosłości umiejętnością czerpania przyjemności ze stosunków seksualnych z płcią przeciwną.

Faza analna ma więc zawsze wobec fazy genitalnej charakter regresyjny. Powrót do tej fazy, bądź fiksacja na niej, wiążą się nierozerwalnie z sadystycznymi skłonnościami, perwersją, złością, buntem. Jak pisze Chasseguet-Smirgel, celem takiej regresji jest zniszczenie zróżnicowanego świata genitalnego, będącego symbolem porządku i moralności oraz zastąpienie go chaotycznym, niezróżnicowanym analnym wszechświatem.

W „Miraclemanie” sferę genitalną reprezentuje sam tytułowy protagonista. Jest on istotą o boskiej naturze, której celem jest zaprowadzenie porządku. O mocy jego genitaliów świadczy spłodzone superdziecko. Kid Miracleman w tym kontekście jest reprezentantem sfery analnej. Jest istotą diabelską, złą, jego celem jest splugawienie i zniszczenie genitalnego porządku, zniesienie wszelkich reguł i wprowadzenie chaosu. Akt analnego gwałtu na Batesie jest więc diabelskim rytuałem, który pozwala Kidowi odzyskać moc. Jednocześnie jest symboliczną bramą, przez którą może on przejść do rzeczywistego świata, aby zrealizować swój cel.

Kid Miracleman dokonuje więc apokaliptycznego zniszczenia, torturując i zabijając na różne wymyślne sposoby mieszkańców Londynu. Moore tym samym obnaża kolejny fałszywy element superbohaterskiej opowieści, mianowicie regułę, że superbohater zawsze przybywa w ostatniej chwili, aby powstrzymać arcyłotra przed realizacją zbrodniczego planu. U Moore’a, w realistycznym świecie tak nie jest: kiedy Kid Miracleman sieje na Ziemi pożogę, protagonista wraz ze swą towarzyszką bawią w księżycowej bazie Kowali Przestrzeni. Kiedy widzą z kosmicznej wysokości ciągnący się nad Londynem słup dymu, natychmiast przybywają na Ziemię, ale jest już za późno. „Dotarliśmy do Londynu prędzej, niż zajmuje przeczytanie słowa Londyn – mówi Miracleman w monologu. – „Ale on był tam już całe godziny. / Wyobraźcie sobie. / Godziny wypełnione po brzegi stuleciami ludzkiego cierpienia. Wąskie boczne uliczki wypełnione kilometrami bólu… / Wyczerpawszy wczesnym popołudniem wszystkie znane człowiekowi sposoby zadawania cierpień, drań ruszył własną – i bardziej kreatywną – ścieżką. / Oczywiście później zdałem sobie sprawę, że cały czas na mnie czekał, podczas gdy ja, nieświadomy zagrożenia, bawiłem się w bazie. Po prostu czekał. Czekał całymi godzinami. A czekając zabijał ludzi… / Zabijał czas.”

22

Na kolejnych stronach następuje dramatyczna konfrontacja drużyny Miraclemana z Kidem. Ostatecznie Kid przegrywa dzięki pewnemu fortelowi Kowala Przestrzeni, który on sam przypłaca życiem. Aby uciec przed śmiercią w męczarniach, Kid Miracleman przemienia się z powrotem w Jonathana Batesa, który z przerażeniem zdaje sobie sprawę, że znów wypuścił na wolność swoje demoniczne alter ego. Miracleman uspokaja go mówiąc, że znalazł sposób, aby powstrzymać na zawsze możliwość przemiany Batesa w Kida. „Dziękuję. Chyba nigdy nie byłem równie szczęśliwy” – mówi Jonathan. „W porządku. Nie ma sprawy, Johnny… Dobry z ciebie … / dzieciak.” – odpowiada Miracleman i skręca chłopcu kark.

23

Scena ta ciekawie nawiązuje do finału opublikowanego dokładnie w tym samym momencie innego komiksu ze scenariuszem Alana Moore’a, czyli „Zabójczym żartem”. Niezwykłą, enigmatyczną ostatnią planszę komiksu (na której Joker opowiada Batmanowi dowcip o dwóch szaleńcach, a następnie obaj zaczynają się śmiać, niemalże padając sobie w objęcia), dzięki mistrzowskiej realizacji można interpretowana wiele przeciwstawnych sposobów. Jedna z popularniejszych interpretacji mówi o tym, że w scenie tej w rzeczywistości Batman – mając świadomość, że Jokera nie da się powstrzymać i nawet schwytany, prędzej czy później ponownie będzie dokonywać odrażających zbrodni – zabija swego arcywroga. Oczywiście wieloznaczność tej sceny nie pozwala na zdecydowane przychylenie się do tej interpretacji, nie można jednak wykluczyć, że Moore nie mógł sobie pozwolić na tak radykalne zakończenie komiksu, opublikowanego w dużym wydawnictwie. I może właśnie dlatego „Zabójczy żart” ma tak wieloznaczny, otwarty finał.

Zakończenie bitwy z Kidem Miraclemanem jest zupełnie inne. Tutaj wprost widzimy moment, w którym Miracleman odbiera życie swojemu wrogowi. Czy Moore zdecydował się na to, czego nie mógł zrobić w „Zabójczym Żarcie”? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ważniejsze jest jednak to, że uśmiercenie Kida jest przełomowym wydarzeniem trzeciej księgi.

Miracleman odnajduje w tym momencie metodologię, jaką powinien posługiwać się w swoich działaniach, a mianowicie zasadę, że cel uświęca środki. Zgodnie z tą regułą po pierwsze, każde działanie (nawet przemoc) jest właściwe, jeśli prowadzi do większego dobra. Po drugie, superbohater – jako istota wyższa – ma prawo narzucać swoją wolę i arbitralnie decydować, co jest dobre.

Zasadę tę Miracleman stosuje odtąd robiąc już niemal wszystko. Owszem, nikogo nie uśmierca, nie stosuje nawet fizycznej przemocy, jednak narzuca całej populacji własne reguły. A narzucanie siłą zasad innym ludziom jest formą przemocy psychologicznej. Doskonale to widać w scenie rozmowy z brytyjskim rządem. Kiedy premier rządu o twarzy Margaret Thatcher odpowiada na przedstawione przez superbohaterów plany zmian „Nie, nie, nie! To zbyt niedorzeczne. Nie pozwolimy na tego rodzaju interwencję”, Miracleman patrzy jej głęboko w oczy i pyta „Nie pozwolicie?”. W odpowiedzi na twarzy pani premier maluje się przerażenie. Moore z niezwykłym kunsztem oddaje w tej scenie sedno sytuacji: jeśli jesteś superbohaterem o boskiej mocy, nawet nie musisz wypowiadać na głos groźby, żeby zadziałała i zmusiła drugą stronę do całkowitej uległości.

24

Ostatni zeszyt sagi, prezentujący dokonane przez Miraclemana i jego sojuszników zmiany, jest zupełnie inny od pozostałych. Moore od początku serii kreuje niezwykle realistyczną rzeczywistość, z wszelkimi konsekwencjami istnienia w niej superbohatera. Tymczasem futurystyczny świat Miraclemana z szesnastego zeszytu wydaje się zbyt idylliczny, zbyt uładzony, zwłaszcza w zderzeniu z przerażającym naturalizmem zbrodni Kida Miraclemana, które ujrzeliśmy ledwie zeszyt wcześniej. Co dziwniejsze, radykalna odmiana naszej planety zajmuje Miraclemanowi zaledwie dwa lata. W tym czasie wywraca do góry nogami światową gospodarkę, likwiduje cały planetarny arsenał broni chemicznej, biologicznej i atomowej, zmienia afrykańskie pustynie w żyzną glebę, rozwiązuje problem dziury ozonowej i efektu cieplarnianego, powstrzymuje groźne choroby. Likwiduje pieniądze, zorganizowaną przestępczość, przemyt narkotyków, problem kryminalnych recydywistów. Przedefiniowuje system religijny, wprowadza obcą technologię, umożliwiającą przywracanie do życia wybitne umarłe jednostki, wreszcie uruchamia program eugeniczny, w wyniku którego ludzie nabywają nadludzkich cech oraz mogą wyhodować sobie własne zamienne superciała.

Wdrożenie takiego planu, dokonanie tak radykalnych zmian, nawet przy pomocy superbohaterskich mocy, realnie patrząc musiałyby potrwać całe dziesięciolecia, może nawet dłużej. Reformy Miraclemana przebiegają zbyt szybko, zbyt łatwo. Owszem, narracja wspomina o kilku przypadkach oporu i grupach osób, które nie zaakceptowały zmian. Jednak ten wątek pojawia się na marginesie opowieści, podczas gdy w realnym świecie protest przeciwko działaniom Miraclemana miałby gigantyczną skalę i spowodowałby zapewne wieloletni globalny konflikt zwolenników z przeciwnikami. Łatwość, z jaką wszystko przebiega, można by uznać za scenariuszowy błąd Alana Moore’a, ja jednak mam inną teorię. Otóż, być może mieszkańcy Ziemi nie buntują się i generalnie z radością przyjmują wszelkie zmiany, gdyż Miracleman kontroluje ich psychikę i wpływa na to, co mają czuć.

Hipoteza ta wydaje się niedorzeczna tylko w pierwszej chwili. W pierwszej księdze widzimy, jak Kid Miracleman bez trudu manipuluje psychiką Mike’a Morana, w drugiej – to samo z Liz robi zaledwie kilkutygodniowa Winter. Co więcej, w epizodzie „Syndrom Czerwonego Króla” przekonujemy się, że Miracleman potrafi dokonać modyfikacji rzeczywistości mocą swego umysłu (scena ze zmieniającym się kostiumem), co może sugerować, że jest jeszcze potężniejszy od ich obojga. Czy z obdarzoną podobnymi mocami Miraclewoman i starszą, bardziej doświadczoną Winter u boku, wsparty technologią zaawansowanej kosmicznej cywilizacji, nie mógłby zawładnąć umysłami znacznej części mieszkańców Ziemi?

17

Zresztą jest w komiksie scena, która może potwierdzać tę teorię. W początkowej fazie trzeciej księgi (str. 258-259 polskiego wydania), przemierzamy wraz z Miraclemanem jedno z pięter Olimpu i widzimy gigantyczną, obco wyglądającą maszynę z setkami monitorów. Rysunkom towarzyszy monolog wewnętrzny protagonisty: „Należy nauczyć ludzi, (…) jak pojmować (…) chromatyczną skalę pasji i rozkoszy. / Co sekundę przez komputerową centralę przepływa pół miliona wezwań od skromnych, prostych i samotnych mężczyzn. Wszystkie zostają przesiane przez dyskretny automat sortujący, sprawdzający dane nadawcy, aranżujący kontakty i rozdający dobre samopoczucie. Jest elektrycznym ramieniem podsuniętym po to, by świat o złamanym sercu mógł się na nim oprzeć. (…) / Mamy druki na płótnie, taśmy wideo, a Miraclewoman, korzystając z łącza satelitarnego, nadzoruje ogólnoświatową sieć kablową (…)”. Czy te słowa i obrazy nie przedstawiają w istocie psychologicznej inwigilacji i manipulacji na globalną skalę?

Władca o boskim statusie, narzucanie radykalnych rozwiązań gospodarczych, społecznych i politycznych, reglamentowane szczęście, totalna kontrola – to wszystko zwłaszcza w naszej części Europy, naznaczonej dziesięcioleciami totalitaryzmu, kojarzy się dość jednoznacznie. Jednak nazwanie Miraclemana dyktatorem czy faszystą byłoby spłyceniem tego, co Moore chciał tu osiągnąć. Zakończenie komiksu jest bowiem całkowitym przemodelowaniem superbohaterskiego mitu.

Klasyczna opowieść superbohaterska zasadza się na następującym schemacie: (a) w świecie superbohatera objawia się superzłoczyńca; (b) superbohater konfrontuje się z superzłoczyńcą; (c) po kilku perypetiach pokonuje superzłoczyńcę i naprawia wyrządzone przez niego zło. Na końcu więc zawsze przywracany jest porządek sprzed pojawienia się zła. Nawet jeśli po drodze nastąpią jakieś ważne wydarzenia, zginie jakaś ważna postać (np. Robin, Elektra), pewne kluczowe elementy świata superbohatera pozostają niezmienne. Nawet jeśli rzeczywistość zostanie radykalnie przekształcona (np. „Ród M”), prędzej czy później powraca do swojego status quo. Ta powtarzalność wynika częściowo z serialowego charakteru komiksów superbohaterskich: żeby serial mógł trwać i cieszyć się zainteresowaniem odbiorców, pewne elementy muszą pozostać niezmienne, arcywrogowie muszą powracać, aby rzucać wyzwanie superbohaterowi. Owo status quo zdaje się jednak wpisane także w samą istotę superbohaterskiego mitu: herosi w trykotach wykorzystują swoje umiejętności, aby walczyć ze złem, z natury rzeczy więc ich działalność ma charakter reaktywny. Oni właściwie nie czynią dobra, a jedynie neutralizują zło. Trafnie do tego problemu nawiązuje komiks Alexa Rossa i Jima Kruegera „Sprawiedliwość”, w którym superzłoczyńcy zaczynają wykorzystywać swoje moce do zmieniania rzeczywistości na lepsze (leczą śmiertelnie chorych, zamieniają pustynie w kwitnące ogrody, budują specjalne komfortowe supermiasta) i wówczas okazuje się, że superbohaterowie nie są właściwie do niczego potrzebni, nie odciskają żadnego pozytywnego piętna na rzeczywistości. Legion Zagłady kieruje się złymi pobudkami, więc jego rajski projekt ostatecznie upada i superbohaterowie triumfują, jednak sam problem pozostaje.

Alan Moore w „Miraclemanie” pokazuje, że w realnym świecie historia superbohatera wyglądałaby zupełnie inaczej. Obdarzony potężnymi mocami heros nie zadowoliłby się czekaniem na pojawienie superzłoczyńcy. Samą swoją obecnością odcisnąłby trwałe piętno na całej rzeczywistości, a widząc, że ludzkość zmierza w złym kierunku, wziąłby sprawy w swoje ręce i zaprojektował nową, lepszą przyszłość. Oczywiście zmierzyłby się przy tym z odwiecznym dylematem wszystkich rządzących: na ile można zabrać ludziom ich prawa i wolną wolę, aby ich uszczęśliwić? Miracleman rozwiązuje ten problem w prosty sposób: uznaje, że jako istota o boskiej naturze ma prawo ingerować w rzeczywistość na tyle, na ile uzna to za słuszne, stosując wszelkie niezbędne metody, nawet psychologiczną przemoc i manipulację. W końcu cel uświęca środki.

I tak oto Moore, wychodząc od kwestionowania sensu superbohaterskiego mitu, w finale „Miraclemana” nadaje mu nowy sens. Realistycznie rozpatrywana postać superbohatera nie będzie pogromcą przestępców, patrolującym nocami ulice miast. Będzie władcą świata, bogiem, który prowadzi ludzkość w nową erę rozwoju. Pytanie o moralność jego postępowania jest bezcelowe. Podobnie jak nadczłowiek Nietschego, Miracleman sam określa, co jest moralne, a co nie. Gdy w ostatniej scenie komiksu zastanawia się, dlaczego Liz odrzuciła propozycję otrzymania superciała, my wiemy, dlaczego nie rozumie jej decyzji. Miracleman nie potrafi myśleć ludzkimi kategoriami, gdyż nie jest już człowiekiem. Przechodząc drogę superbohatera, drogę psychologicznego dojrzewania, stał się bogiem.

26

*   *   *

„Miracleman” jest być może najważniejszym i najdalej idącym komiksem superbohaterskim wszechczasów, a jednak nie odcisnął znaczącego piętna na historii gatunku. Zdecydowała o tym skomplikowana historia wydawnicza. Pierwsze epizody ukazywały się (jeszcze jako „Marvelman”) w czerni i bieli w brytyjskim piśmie „Wizard”, potem zostały pokolorowane i ze zmienioną nazwą wydane na amerykańskim rynku w zeszytach przez mniej znaczące wydawnictwo Eclipse Comics. Późniejszy upadek wydawnictwa oraz skomplikowana batalia o prawa do postaci spowodowały, że poszczególne zeszyty oraz jedyne trzytomowe wydanie zbiorcze z 1990 roku, stanowiły przez blisko ćwierć wieku coś w rodzaju komiksowego Świętego Grala – wielu miłośników komiksu ceniło ten tytuł, jednak niewielu faktycznie zdołało go przeczytać. Sytuację zmieniło dopiero przejęcie praw przez Marvela i reedycja komiksu w latach 2014-2015. Polskie wydanie, zbierające całość w jeden efektowny tom pozwala w pełni docenić rozmach wizji i przemianę zarówno protagonisty komiksu, jak i samego Alana Moore’a.

 

Autorem recenzji jest Michał Siromski. Więcej o nim dowiecie się tutaj.

Korekta: Monika Banik.

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza komiksu na potrzeby przygotowania niniejszego tekstu.

 

Warto przeczytać: Miracleman – spór o prawa do zapomnianego superbohatera

 

Miracleman
Scenariusz: Alan Moore
Rysunki: Garry Leach, Alan Davis, John Ridgway, Chuck Austen, Rick Veitch, John Totleben, Don Lawrence, Steve Dillon, Paul Neary, Rick Bryant
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Mucha Comics
Data wydania: Październik 2016
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Format: 170×260 mm
Stron: 384
Cena: 119,00 zł

 

W tekście wykorzystano rysunki z oryginalnego zeszytowego wydania Eclipse Comics, w pierwotnej wersji kolorystycznej.

 

Bibliografia:

  • Biblia Tysiąclecia – Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Pallottinum, Poznań 2014.
  • Chasseguet-Smirgel J., Religie diabła. Garść refleksji o historycznym i społecznym znaczeniu zboczeń, [w:] Ginsburg N., Ginsburg R. (red), Psychoanaliza i kultura na progu trzeciego tysiąclecia, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002.
  • Darius J., Why Miracleman Matters, sequart.org, 2012-2105.
  • Hill C. E., Sen w psychoterapii, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2000.
  • Holmes R. W., Filozof o „Alicji w Krainie Czarów”, [w:] „Znak” nr 6/2003.
  • Jóźwiak W., Sennik, krótki – symbole snów. Symboliczne obrazy i sceny najczęściej występujące w snach, www.taraka.pl, 2008.
  • Khoury G., Kimota! The Miracleman Companion, TwoMorrows Publishing, Raleigh 2001.
  • Moore A., i inni, Miracleman, Mucha Comics, Warszawa 2016.
  • Moore A., Bolland B., Batman: Zabójczy żart, Egmont Polska, Warszawa 2012.
  • Nietzsche F., Tako rzecze Zaratustra, Zysk i S-ka, Poznań 1995.
  • Popkin R, H., Stroll A., Filozofia, Zysk i S-ka, Poznań 1994.
  • Ross A., Krueger J., Sprawiedliwość, Mucha Comics, Warszawa 2015.

[i] Niestety polski tłumacz „zgubił” tę wieloznaczność tłumacząc oryginalne zdanie „That could have been me!” jako „Mogłem stać się taki jak on!”.

Oceń wpis:
[Głosów: 7]
Kultura na sobotę: Miracleman written by Chudyśrednia ocen5/5 - 7oceny użytkowników