123

Człowiek w cieniu

Dodano: 30 czerwca 2014

[Głosów: 2]

Autorem artykułu jest Michał Chudoliński. Więcej o nim dowiecie się tutaj. Poniższy tekst jest rozszerzoną wersją materiału, który pierwotnie ukazał w szesnastym numerze (2954) tygodnika „Polityka”. Pierwotną wersję możecie przeczytać tutaj.

Człowiek w cieniu. Historia Billa Fingera

the_creation_of_vintage_batman_by_paulromanmartinez-d7gu6o4

Z okazji bat-rocznicy warto przybliżyć pewną tajemnicę poliszynela, stanowiącą jedną z fundamentalnych legend przemysłu popkulturowego. Niesprawiedliwość wyrządzona Billowi Fingerowi mówi wiele o mroku spowijającym zarówno Mrocznego Rycerza, jak i amerykański showbiznes.

Powszechnie za twórcę zamaskowanego mściciela z Gotham uznaje się Boba Kane’a – a właściwie Roberta Khana, zważywszy na jego żydowski rodowód. Oficjalnie Kane wymyślił superbohatera na zamówienie redaktorów Detective Comics Inc, oczekujących kolejnej postaci na miarę Supermana ze stajni National Allied Publications (później obie firmy połączą się jako National Comics, by następnie przeistoczyć się w znane do dziś DC Comics). Inspirowany projektami machiny latającej Leonarda da Vinci, Nietoperzem z „Kręconych schodów” uznanej autorki kryminałów Mary Rinehart, pulpowymi opowieściami oraz filmem „Znak Zorro” z Douglasem Fairbanksem w roli głównej, Batman zadebiutował w 27 numerze „Detective Comics”. I choć na okładce niniejszego numeru widnieje maj 1939 roku jako data publikacji to tak naprawdę zeszyt został wypuszczony na rynek amerykański w okresie pomiędzy końcem marca a połową kwietnia. Wielu twórców i znawców tematu obchodziło bat-jubileusz już 30 marca, choć nie ma pewności że to właśnie tego dnia opublikowano legendarny zeszyt „Detective Comics”.

75-lecie legendy o Batmanie w tym roku z początku obchodzono raczej skromnie, bez fajerwerków. Właściwie tylko studio Rocksteady zapowiedziało zamknięcie tetralogii gier z serii „Arkham…” interaktywną produkcją „Arkham Knight”, choć jej premiera na konsole nowej generacji i komputery została przełożona na przyszły rok (być może ukaże się już w styczniu). Poza nią oraz kilkoma wydarzeniami komiksowymi i animowanymi skierowanymi wyłącznie do zatwardziałych fanów Nietoperza, wyświetlany jest w stanach dokument Bretta Culpa „Legends of the Knight”. Ukazuje on wpływ kulturowy historii Batmana na życie zwykłych Amerykanów – zwłaszcza jego motywującą siłę – i jako taki zbiera tam pozytywne recenzje. Świadomie pomijam tutaj debiutanckie zdjęcie Bena Afflecka w stroju Batmana do kontynuacji „Człowieka ze Stali” Zacka Snydera, zważywszy na to, jak ironiczne reakcje wzbudziło ono wśród fanów.

Poza tym cisza, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale czy właściwie musi? Batman jest w końcu globalną marką. Po latach przemian i historii wypracowanych przez tuziny autorów, Człowiek-Nietoperz stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon popkultury, „oficjalnie” zapewniając swojemu autorowi dożywotnią fortunę i splendor. W rzeczywistości jednak historia wykreowania posępnego mściciela nasiąknięta jest goryczą i smutkiem. Okazuje się, że Kane prawdopodobnie nie wytworzył nawet jednej czwartej tego, co mu się przypisuje w ramach mitologii Batmana. Był tak naprawdę cwanym celebrytą, wyręczanym przez autorów-widmo zatrudnionych na jego warunkach. Wśród nich wyróżniał się pomysłowy acz ślamazarny scenarzysta, Milton „Bill” Finger.

Kim jest i skąd pochodzi?

Milton Finger urodził się 100 lat temu w Denver, w stanie Colorado. Był synem żydowskiego emigranta z Austrii o imieniu Louis oraz nowojorskiej dziewczyny Tessie. Fingerowie wraz z Billem i jego dwiema młodszymi siostrami postanowili przeprowadzić się do Nowego Jorku. Nie wiodło im się tam najlepiej. Był to okres wielkiego kryzysu gospodarczego – redukowano etaty, a wiele firm bankrutowało. Louis został zmuszony w niedługim czasie zamknąć swój zakład krawiecki. Kryzys nie był zresztą jedynym powodem, dla którego ojcowi Miltona nie powodziło się. W tamtych czasach Żydzi dość ciężko asymilowali się w społeczeństwie amerykańskim. Wielu z nich, z racji pochodzenia, miało trudności ze znalezieniem pracy. Po ukończeniu college’u Milton zaczął się przedstawiać jako William, by zatuszować swoje dziedzictwo i odnaleźć zatrudnienie.

Z powodu szybkiego ożenku, Finger przez wiele lat pracował jako sprzedawca butów. Rozczarowało to jego rodziców, oczekujących po nim ambicji lekarskich. Ledwo wiązał koniec z końcem. Głównie z powodu swej słabowitości. Nie mógł zająć się lepiej płatnymi, wymagającymi niekiedy krzepy, ofertami, gdyż często chorował. W trakcie swoich rekonwalescencji zaczytywał się w pulpie i literaturze pięknej. Był istnym molem książkowym o szerokich zainteresowaniach. Jego wiedza pozwalała mu na tworzenie własnych historii, jednakże i w tej materii nie osiągał wiele. Pochodził z ubogiej rodziny i nie posiadał istotnych dla tej branży kontaktów. Mimo to uczęszczał do znanego w Nowym Jorku liceum DeWitt Clinton High School, będącego kuźnią talentów. I nie chodzi tutaj o Roberta Hofstadtera, który w 1961 r. otrzymał Nobla z fizyki, ale o osoby tworzące w znaczącym stopniu rynek amerykańskiego komiksu. Absolwentami liceum były takie sławy jak Stan Lee, wieloletni redaktor naczelny Marvel Comics czy Will Eisner, popularyzator „powieści graficznych” jako komiksowego gatunku dla dojrzałych czytelników. Szkołę ukończył także wcześniej wspomniany Robert Kane, wraz z którym Eisner za młodu podrywał dziewczyny; miał opinię łamacza kobiecych serc. Bill miał okazję spotkać go na jednym z licealnych przyjęć. Akurat w tym czasie Kane poszukiwał scenarzysty. Sam nie był zanadto kreatywnym opowiadaczem historii. Na tyle obaj się dogadywali, że nawiązali współpracę. Finger stał się scenarzystą na zlecenie Kane’a.

Bob przychodzi do Billa…

3075e239dc0e3d1235c64c316d0a6343_large

Z początku relacje Fingera z Kane’em układały się dobrze. Bob także był synem europejskich Żydów i musiał zmagać się z podobnymi problemami. Różniło ich jednak wszystko inne, głównie temperament i sposób tworzenia relacji z ludźmi. Kane jako dzieciak uczył się rzemiosła kopiując prace znanych artystów tamtego okresu, by w czasie nauki sprzedawać ilustracje reklamowe. Miał smykałkę do robienia interesów oraz konsekwentnie realizował swoje projekty. W dodatku, o ile Finger był dobrodusznym marzycielem i nie uganiał się za splendorem, tak Kane był ekstrawertykiem ceniącym dobre towarzystwo i luksusową zabawę.

Efektem ich początkowej współpracy były krótkie komiksy o zabarwieniu humorystyczno-przygodowym, do których Kane szybko co prawda sprzedawał prawa, ale z mizernym skutkiem. W międzyczasie Ameryka oszalała na punkcie przybysza z planety Krypton, którego perypetie sprzedawały się jak świeże bułeczki. W końcu mówimy o pierwszym superbohaterze, zwiastującym nadejście nowego panteonu herosów. Znalazł się popyt, toteż Vin Sullivan (redaktor „Detective Comics”) spytał Billa, czy nie mógłby wymyślić dla niego kolejnego trykociarza. Kane zapewnił Sullivana, że przyjdzie do niego z nową postacią lada dzień.

…czyli nieczyste intencje

Bob Kane szybko się przekonał, że sam nie stworzy intrygującego herosa. Zdawał sobie sprawę, że jego wizja jest zbyt słaba i nie funkcjonuje należycie. Poprosił o pomoc Fingera, ukazując mu pierwszy szkic „Bat-Mana”. Scenarzysta był zdumiony. Ujrzał blondyna z małą maską na oczach, ubranego w szkarłatny sweter i spodnie oraz czarne buty wraz ze slipami założonymi na spodnie (kolorystyka odwrotna względem Supermana). Na plecach zaś wyrastały mu olbrzymie skrzydła nietoperza. Bill od razu wziął się do roboty. Jak czytamy u Jima Steranko, Finger miał powiedzieć: „Sięgnąłem z półki po słownik Webstera mając nadzieję, że znajdę tam rysunek nietoperza. Oczywiście znalazłem go. Powiedziałem: „Spójrz na uszy, czemu by ich nie zduplikować?” Zasugerowałem mu także narysowanie czegoś na wzór kaptura… Zaproponowałem obniżenie nosków by nie było widać jego oczu, co miało mu nadać tajemniczości… Nie podobały mi się skrzydła, więc zaproponowałem pelerynę z wykończonymi krawędziami, żeby powiewała za nim w trakcie biegu oraz by przypominała skrzydła nietoperza. Ponadto nie miał na sobie rękawiczek. Założyliśmy mu je, by z oczywistych powodów nie pozostawiał odcisków palców”.

Kane był zadowolony z poprawek naniesionych przez swego partnera, jednakże następnego dnia przyszedł do redaktora sam. W dużej mierze był motywowany przez swego protekcyjnego ojca, rytownika i drukarza „New York Daily News”. Wmawiał synowi, że wydawcom nie można ufać i trzeba dopełnić wszelkich starań prawnych, by nie zostać przez nich oszukany. Wyczuwając niebotyczną popularność herosa, Bob namówił Sullivana do otrzymywania części akcji związanych z Bat-Manem oraz podpisania kontraktu uwzględniającego dożywotnie wpływy ze sprzedaży komiksów. Trzeba przyznać, że pośród rysowników taka sytuacja była rzadkością. Fingerowi z kolei zaoferował po fakcie stanowisko scenarzysty Batmana, choć w roli anonima. „Problemem jest to, że Finger przystał na propozycje Kane’a”, mówi amerykański znawca komiksów Alan Kistler. „Zgadzając się na nią zaakceptował to, że nie zostanie uwzględniony w napisach autorskich. Pamiętajmy, że superherosi i komiksy były wtedy czymś nowym. Nikt nie spodziewał się, że te postacie przetrwają dekady i że będą przenoszone na srebrny i duży ekran. Bill Finger zgodził się zostać autorem-widmo prawdopodobnie dlatego, że otrzymanie pieniędzy za swoją pracę było dla niego ważniejsze od praw autorskich do superbohatera czytanego przez dzieci”.

Nieśmiałość kontra egocentryzm

bill-the-boy-wonder

Z czasem Batman stawał się coraz bardziej uwielbiany i rozpoznawalny. Bill wymyślał coraz to nowsze elementy wokół Człowieka-Nietoperza, aczkolwiek w każdej stopce komiksu było wyraźnie napisane: „Batmana stworzył Bob Kane”. Choć Kane rysował niniejsze komiksy i miał swój wizerunkowy wkład w tę postać to właśnie Finger nadał mu ton i atmosferę. Na przestrzeni kolejnych 15 lat od powstania długouchego detektywa, Bill był odpowiedzialny za nadanie mu imienia, nazwiska, wykreowanie Robina wraz z komisarzem Gordonem, nazwanie metropolii stanowiącej miejsce akcji Gotham (było to karykaturalne nawiązanie do Nowego Jorku, którym autorzy najmocniej się inspirowali; za czasów romantyzmu tak właśnie określano to miasto, naznaczając je mianem „miasta kozła”, a jego mieszkańców piętnem „sprytnych szaleńców” lub „mądrych głupców”). To Finger wymyślił Bat-sygnał oraz Jaskinię, główne centrum dowodzenia Batmana. Najważniejsze jednak, że to również on sam stał za genezą postaci, którą polski czytelnik może przeczytać w albumie „Batman – najlepsze opowieści”. Na ile historia o tragicznej śmierci rodziców Wayne’a wynikła u Fingera, z jego goryczy i żalu wobec Kane’a? Trudno to dzisiaj orzec.

Faktem jest, że Finger miękł za każdym razem, gdy w pobliżu pojawiał się Kane ze swoim rozbuchanym niczym pochodnia ego. Nazywał swego scenarzystę „cudownym chłopcem”, podobnie jak Batman zwykł identycznie określać swego pomagiera Robina. Rysownik wielokrotnie porównywał się w wywiadach do Mrocznego Rycerza (ten przydomek także został wymyślony przez Fingera), skrywającego swoją tajemnicę przed innymi. Prawdę jednakże wyraził o nim Sheldon Moldoff, jeden z późniejszych rysowników Batmana wypominający mu, że wyglądał za młodu dokładnie tak jak Joker. Nie dość, że miał ten sam grymas i długą szczupłą twarz co nemezis mściciela z Gotham, to w dodatku zachowywał się podobnie. Kane nie miał skrupułów do wykorzystywania potencjału Fingera oraz swoich rysowników-widmo przy pracach nad komiksami o Batmanie. Gdy dowiedział się, że Jerry Shuster i Joe Siegel chcieli pozwać do sądu National Comics w sprawie odzyskania praw do Supermana w 1949 roku, wykorzystał to przeciwko nim w celu renegocjacji umowy wokół Batmana. W efekcie Shuster i Siegel zostali pozostawieni na lodzie, a stawka Kane’a za stronę komiksu pomnożyła się z racji lojalności wobez wydawcy. Przez wiele lat utrzymywano to w tajemnicy. Mało tego, pierwsze komiksy o Batmanie rysowane przez niego zawierają plagiaty i zapożyczenia z innych pulpowych komiksów lat 30. (m.in. Tarzana), za co Kane nigdy nie odpowiedział za życia. Miał na tyle tupetu, by w fanzinie o Batmanie pouczać wielbicieli Nietoperza o jego pełnym udziale w stworzeniu postaci, a następnie ponownie renegocjował swój udział w prawach do Batmana w 1967 roku z racji zmiany właściciela DC Comics (National zostało wtedy przejęte przez Kinney National Company, a następnie wykupione przez koncern Warner Bros.). Nie dość, że zaczynał otrzymywać dodatkowe tantiemy ze sprzedanych praw do seriali, figurek i przyszłych filmów, to otrzymał także milion dolarów zaliczki na wstępie. „Bill nienawidził go. Tak po prawdzie, wszyscy go nienawidziliśmy”, powiedział niedawno zmarły Carmine Infantino, jeden z artystów-widmo Batmana pod rządami Kane’a, późniejszy redaktor i wydawca DC Comics na początku lat 70.

Epitafium

kanemiller

W latach 70. Kane przestał już nawet rysować Batmana i przeobraził się w celebrytę. Chciał być postrzegany jako człowiek, który stworzył Batmana, chociaż był wtedy w rzeczywistości tylko podstarzałym gogusiem, nie mającym specjalnie nic ciekawego do powiedzenia. Gdy Frank Miller tworzył „Powrót Mrocznego Rycerza”, Kane był pod wrażeniem jego interpretacji aczkolwiek podkreślał za każdym razem, że nie rozumie o czym jest ten komiks, nie zauważając satyry politycznej na rządy Ronalda Reagana. Tak mówi o nim Stan Lee, główny architekt uniwersum Marvela, w niedawnym wywiadzie dla Playboya: „Gdy umawiałem się z nim na obiad, zawsze przybywał o godzinę za późno. Przyjmowało to rodzaj gry. Po jego przybyciu siadaliśmy, by po kilku sekundach rozpoczęła się rozmowa Boba z kelnerem: „Wiesz, kim jestem? Nazywam się Bob Kane, narysowałem Batmana. Spójrz, pokażę ci” i rysował małego Batmana na serwetce. Był szczęśliwy z tego, kim był. Nie mam co do tego złudzeń. Nigdy nie przychodził na czas na obiad, ale kochał Batmana i uwielbiał być z nim kojarzony. Spędziłem z nim wiele wspaniałych chwil, dyskutując zarówno o jego jak i moich postaciach.”. Komentarz Lee zakrawa o wielką ironię i cynizm, przypominając spółkowanie szarlatanów. Tak się bowiem składa, że Stan Lee przypisuje sobie kreacje wielu postaci, zapominając przy tym o wkładzie Jacka Kirby’ego – jego wieloletniego współpracownika, nazywanego przez fanów niekiedy „Królem Komiksu”. Po dziś dzień żaden z artystów komiksowych nie może się z nim równać, jeżeli chodzi o wydajność pracy oraz liczbę narysowanych stron w ciągu miesiąca. W dodatku to on narysował pierwsze przygody Kapitana Ameryki, Fantastycznej Czwórki czy Thora. Ten i inne skandale związane z Marvelem są zresztą doskonale udokumentowane w książce „Niesamowita historia Marvel Comics” Seana Howe’a, opublikowanej u nas przez wydawnictwo SQN.

Gdy Kane opływał w blichtrze wśród aktorów i sław na przyjęciach u Hugh Hefnera, Finger żył w nędzy i rozpaczy, próbując utrzymać się z pisania kolejnych scenariuszy. Był jednym z najlepszych scenarzystów Złotego Wieku komiksu amerykańskiego. Niestety jego powolna praca, problemy z alkoholem oraz odejście żony sprawiły, że stał się samotnikiem. „Jego żona, gdy nie płacił alimentów, miała w zwyczaju posyłać go do więzienia”, wyznaje Infantino. „Wsadzali go do paki, potem wychodził, potem jego żona nasyłała na niego policję po raz kolejny i tak w kółko. Biedak, Nie zarabiał pieniędzy. Miał bardzo smutne życie. To, co mu się przydarzyło jest niesprawiedliwe. Pomimo tych nieszczęść uśmiech nie schodził mu z twarzy. Był dowcipnym, radosnym facetem”. Odszedł we śnie w 1974 roku, opuszczony i bez grosza przy duszy. Jedyną osobą, która pożegnała go należycie, był jego syn Fred. Jego prochy rozsypał na pobliskiej plaży tak, by układały się w kształt symbolu nietoperza. Fale zabrały skremowane ciało jego ojca do morza.

Od śmierci Fingera minęło 40 lat. Choć jego historia nadal jest znana wyłącznie osobom interesującym się historią komiksu to jego zasługi są coraz częściej popularyzowane. DC z okazji Dnia Batmana wypuści specjalny zeszyt komiksowy z przedrukami przygód Mrocznego Rycerza. Wśród nich będzie klasyczna „Sprawa syndykatu chemicznego” z „Detective Comics” (vol. 1) #27. Bill Finger w tym specjalnym wydaniu został uhonorowany wyróżnieniem na okładce, po raz pierwszy od 75 lat! W dodatku powstała w USA sztuka teatralna (premiera odbyła się w ostatnią sobotę) jemu poświęcona oraz film dokumentalny, nad którym pracują amerykańscy i brytyjscy eksperci popkulturowi. Tym samym postać Billa Fingera stała się symbolem nieszczęść twórców, którzy nie pilnują należycie swoich interesów wobec korporacji medialnych. Popularyzatorzy pokroju Marca Tylera Noblemana (jego ilustrowana książka „Bill the Boy Wonder: The Secret Co-Creator of Batman” zostanie opublikowana u nas pod koniec lipca przez Centralę) starają się systematycznie edukować odbiorców popkultury o wpływie Fingera na Batmana oraz jego spuściźnie. Trzeba jednak przyznać, że jest to syzyfowa praca. Bob Kane podpisał swój kontrakt na wyłączność do praw na legalnych warunkach i nie ma żadnych możliwości, by został on zmieniony. W dodatku Batman obecnie w żaden sposób nie przypomina mściciela sprzed ponad półwiecza. Szwadrony twórców filmowych, animowanych i komiksowych odcisnęły nad nim swoje piętno, zmieniając go przez te lata nie do poznania. W pewnym sensie stał się własnością samych wielbicieli bohatera, którzy na własną rękę tworzą o nim fanfilmy tudzież web-komiksy.

Nieoczekiwane zwroty akcji

tumblr_mn53lhqokF1rk5n91o1_1280-1

Wnuczka scenarzysty, Athena, po uwierzytelnieniu swojej tożsamości zaczęła otrzymywać tantiemy od DC Comics. W trakcie prac nad niniejszym artykułem nie chciała jednakże o tym rozmawiać – prowadzi obecnie spokojne życie z dala od świata komiksów jako profesor matematyki na jednym z lokalnych collegów, chociaż od zawsze była pod wrażeniem doniosłego wpływu, jaki na rzeszę ludzi miała postać stworzona po części przez jej dziadka. Ożywiła się jednakże dość niedawno, gdy jedna z osób pracująca w DC Comics stwierdziła publicznie na komiksowym konwencie, że relacje między wydawnictwem a rodziną Fingerów układają się należycie. Athena momentalnie opublikowała oświadczenie, w którym podkreśliła faktyczny stan rzeczy (w tym wieloletnie zamiatanie pod dywan sprawy Fingera, chociażby przy tworzeniu filmu „Batman” Tima Burtona) i poprzysięgła szukać wszelkich możliwości w kontekście walki o prawa i pamięć po spuściźnie jej dziadka.

Jakby tego było mało, ponad tydzień temu rozeszła się wieść o nadaniu Robertowi Kane’owi na Hollywoodzkiej Alei Sław gwiazdy, która zostanie odsłonięta w Los Angeles w przyszłym roku w ramach promocji filmu „Batman v. Superman. Świt sprawiedliwości”. Jak się okazuje Elizabeth Sanders Kane, wdowa po rysowniku, wraz z pomocą Warner Bros. oraz DC Entertainment wyłożyła Hollywood Chamber of Commerce (organizatorzy przedsięwzięcia) niezbędne 30 tysięcy dolarów na ten cel. Choć sama nobilitacja artysty jest niejako uhonorowaniem całej franczyzy Batmana w kinematografii (w końcu filmy o Batmanie były kasowymi hitami, pozwalającymi szczególnie ostatnio przemysłowi filmowemu przetrwać trudne czasy kryzysu) to widać jednocześnie, że rodzina rysownika nie zamierza stać bezczynnie wobec rewelacji związanych z Fingerem i bierze sprawy we własne ręce. Jak dotąd najlepiej tę sytuację skomentował Marc Tyler Nobleman na Twitterze. Oznajmił, że „ludzie teraz będą chodzili po Kanie podobnie, jak swego czasu on sponiewierał Billa Fingera”. Dla tego eksperta od popkultury jest to kolejna nieusprawiedliwiona gloryfikacja Kane’a, gdy tak naprawdę Fingerowi zawdzięczamy mitologię Mrocznego Rycerza. Według Noblemana stosownym zadośćuczynieniem w niedalekiej przyszłości powinno być odsłonięcie gwiazdy zapomnianego scenarzysty.

Kwestia pomnika Kane’a nadała opowieści o Fingerze takiego kolorytu, że nawet gdyby o genezie Batmana powstał pełnometrażowy film to mógłby on chorować na casus „Piątej władzy” albo „Ratując Pana Banksa”. W tej drugiej produkcji zwłaszcza filmowcy dość łagodnie obeszli się z postacią Walta Disneya, spłaszczając go do miana pozytywnej postaci. Jest to rzecz jasna obraz zmanipulowany. Tak naprawdę był wyrafinowanym, nie mającym skrupułów zarządcą animacji Disneya. Gdyby była taka chęć i wola, w Hollywood zrobiono by produkcję o Bobie Kanie będącą niemalże hołdem wobec rysownika, trywializując jednocześnie Fingera do miana epizodycznego bohatera, krzątającego się w tle pomocnika. Można wysnuć z tego znany acz smutny wniosek, że zwycięzcy (nierzadko posiadający fundusze) tworzą historię a co za tym idzie – wyznaczają dyskurs. Zwłaszcza, że DC Comics słowami Jima Lee umywa od tej sprawy niejako ręce poprzez polityczną poprawność.

Choćby z powodu uaktywnienia się rodziny Kane’a każdy, kto obejrzy film o Batmanie lub kreskówkę albo zagra w grę komputerową powinien mieć świadomość kulisów powstania swojego ulubionego bohatera. Mroczny Rycerz nie byłby tak złożoną i fascynującą postacią, gdyby nie pomysłowość Billa Fingera. „Jego spuścizna jest dla nas ostrzeżeniem”, podsumowuje Kistler. „Jego postępowania były podyktowane tym, że w późniejszym okresie trudno mu było znaleźć lepszą pracę i zarobek. Czasami jednak istotniejsze są prawa do patentu tudzież pomysłów od otrzymania honorarium. Ta historia uczy nas ponadto, że czasami mamy do czynienia z winą samych twórców, nie korporacji. To przecież Bob Kane jest winny temu, że Bill Finger nie otrzymał równych praw i tantiemów, kiedy oddawał Batmana w ręce DC Comics. Dopiero po śmierci Fingera Kane wyraził skruchę i żal, że nie doceniał nigdy jego wkładu w postać Batmana. Zbyt późno”.

Korekta: Marcin Andrys

Korzystałem m.in. z książek: Bob Kane, Tom Andrae, „Batman & Me”, Forestville 1985; Jim Steranko, „The Steranko History of Comics”, Nowy Jork 1972; N. C. Christopher Couch, „Jerry Robinson. Ambassador of Comics”, Nowy Jork 2010; Marc Arthur Nobleman, „Bill the Boy Wonder: The Secret Co-Creator of Batman”, Watertown 2011.

Wszelkie fragmenty, cytaty oraz komentarze w przekładzie własnym.

Oceń wpis:
[Głosów: 2]
Człowiek w cieniu written by Chudyśrednia ocen5/5 - 2oceny użytkowników