Batman v Superman. Świt sprawiedliwości – Recenzja filmu

Dodano: 13 kwietnia 2016

[Głosów: 4]

Przekombinować do przesady

7730589.3

Zackowi Snyderowi udała się rzecz niewiarygodna. Znaczy się podejrzewałem taki obrót spraw, ale nadal trudno mi w to uwierzyć. Z prostego materiału na kasowy hit zrobił co najwyżej średnie kino, produkcję przeznaczoną wyłącznie dla fanów DC Comics. Dla reszty pokaz jest na tyle męczący, że niektórzy przez brak cierpliwości wyjdą wściekli z seansu. „Świt sprawiedliwości” to hermetyczny spektakl pełen wizualnych fajerwerków, wprowadzający w zmieszanie widza swoją chaotycznością, wynikającą z frustracji i zbyt wielkiej ambicji włodarzy Warner Bros. Ogromna chęć złapania mnóstwa srok za ogon, przesłaniająca zwyczajną chęć zrobienia dobrego filmu, poskutkowała przeintelektualizowanym blockbusterem. A stracić mogą na tym wszyscy w dłuższej perspektywie – od wielbicieli komiksów po sympatyków autorskich produkcji, bez trykotów.

Zacznijmy od zarysowania fabuły. Omawiany tutaj wysokobudżetowy film, czyniony przez niemal trzy lata, jest bezpośrednią kontynuacją „Człowieka ze Stali”. To, co w poprzednim filmie wydawało się niekonsekwencją i makabreską wymieszaną z ludobójstwem, w „Świcie sprawiedliwości” stanowi fundament narracji jako takiej. Okazuje się bowiem, że Bruce Wayne zbiegiem okoliczności przebywał w Metropolis, gdy Superman z Zodem postanowili bić się na śmierć i życie nie zważając przy tym na życie Bogu ducha winnych śmiertelników. Podejrzliwy, paranoiczny Wayne postrzega Kal-Ela jako wielkie zagrożenie dla ludzkości i powoli przygotowuje się na ewentualne zneutralizowanie go przy pierwszej lepszej okazji. W międzyczasie niezdrowo podekscytowany Lex Luthor dowiaduje się kanałami wojskowo-rządowymi o broni mogącej zranić nadczłowieka z wielkim „S” na klacie i jakoś tak stara się wykorzystać to do skłóceniu dwóch herosów z bliźniaczych miast.

928331_1586231631625996_1325856718_n

Jak to w argentyńskich zwrotach akcji bywa, pojawiają się tu i ówdzie postacie kobiece – kobiety-wojowniczki, damy w opałach i zwierzyny rzucone na pożarcie. A przed samym zwieńczeniem historii dowiadujemy się ni z gruchy ni z pietruchy, że na Ziemi znajdzie się kilku nadludzi, chociaż opowieści w żaden sposób to nie ubogaca, a jedynie zapowiada kolejne produkcje. I byłoby to wszystko nader absorbujące i intrygujące, gdyby jeszcze zawczasu dokonano selekcji wątków, a następnie gładko spięto niezbędne zagrywki fabularne. Ale nie, o nie! Otrzymujemy pigułkę zwartych fragmentów wyjętych z kilku filmów, które nabiorą sensu dopiero po obejrzeniu wersji reżyserskiej na Blu-Ray, wraz z wyciętymi scenami. Sztuczna, napuszona kanonada ujęć możliwa do odczytania przy odpowiednim przygotowaniu, zaparciu i wyrozumiałości na wybiórcze traktowanie praw fizyki.

Już u Katarzyny Borowieckiej w paśmie „Do południa” radiowej „Trójki” zapowiadałem, że po produkcji Snydera za wiele dobrego nie ma co się spodziewać. Zresztą, po kiego diabła dwóch poczciwych herosów miałoby się bić? Oczywiście przypominamy sobie natychmiastowo konflikt ideologiczny Batmana i Supermana zawarty w „Powrocie Mrocznego Rycerza”. Ale tam mieliśmy autentyczne starcie dwóch odmiennych światopoglądów – libertarianizmu napompowanego faszystowskimi zapędami ze służalczością państwu, skrywającemu swą korupcję i zachłanność. U Snydera zaś nie ma czasu na ciche momenty wyjaśniające motywy poszczególnych protagonistów i antagonistów, wszystko bowiem miesza się ze sobą – nieco judaszowy wątek z Lois Lane z koszmarami Batmana, okazującymi się potem snami we śnie kierującymi do zgoła innego wątku… Starano się ze wszech miar stworzyć produkcję na miarę apetytów wytwórni jak i zapotrzebowań i wymogów współczesnego widza, żeby ten miał poczucie choćby cząstkowego budowania ogromnego świata wraz z zabawą. Tyle tylko, że przy takim nastawieniu nie można dogłębnie zająć się żadnym z poruszanych wątków, a dwaj główni herosi wychodzą na zapatrzonych w siebie hipokrytów i narcyzów, nie widzących realnego świata poza swoimi traumami i bolączkami.

Autentycznie boli tutaj postać Supermana. Przy jej konstruowaniu Goyer i Snyder musieli zostać zarażeni wirusem egzystencjalnego nihilizmu, powodującego objawy najgorszych aspektów cywilizacji śmierci. Człowiek ze Stali jest tutaj (podobnie jak cały film) wyzuty z życia, zagubiony, niepewny siebie, pozbawiony swej inspirującej mocy. Wszelkie konotacje chrystusowe wychodzą natomiast komicznie. O ile Jezus Chrystus nie szastał cudami na lewo i prawo – a gdy je wykorzystywał, to w ramach ukazania pewnej prawdy, lekcji dla człowieka – tak Superman nie ma absolutnie żadnego powodu do wstrzemięźliwości wobec swych mocy. Ba, nie ma też powodu pouczać kogokolwiek swymi poczynaniami! Powód jest bardzo prosty – nie wie kim jest, kim ma być, miota się w te i wewte. To Bóg ze zranionym ego, ratujący ludzi tylko wtedy, gdy mu się to podoba lub gdy uzna to za stosowne. Jest to bez wątpienia przygnębiająca, powierzchowna wizja jednego z bardziej pozytywnych superherosów, stanowiącego ideał człowieczeństwa. Przykro się patrzy na Cavilla, który nie ma ani jednego momentu spontanicznego uśmiechu tudzież wartościowego dialogu do odegrania, bez pompy i spięcia.

Jak się nietrudno domyślić, w „Świcie sprawiedliwości” wiele elementów nie gra ze sobą należycie – film jest zdecydowanie za długi, posiada kilka kompletnie niepotrzebnych wątków pobocznych, stwarzających iluzję budowania uniwersum, a do tego zbyt głośna, basowa muzyka potęguje zmęczenie ogromem bodźców do przetrawienia. W tej kupie bałaganu można jednak znaleźć pewne aspekty pozwalające na chociaż odrobinę satysfakcji. Niewątpliwie jest nim złodupiec Batman w wykonaniu Bena Afflecka. Powrócono do nieco melancholijnej tonacji zauważalnej w kreacji Michaela Keatona u Tima Burtona, jednakże o wiele bardziej dziko i zadziornie. I nie przeszkadza mi tak mocno, że Batffleck to w rzeczywistości Punisher. Gdy spogląda na memoriał Robina, wiadomo już, że przejrzał na oczy i że jego kodeks honorowy szlag trafił, gdyż przekonał się o szorstkości świata. Tutaj wszelkie niedopowiedzenia o dziwo świetnie oddziałują. Dają doskonałe pole do popisu przy prequelowej trylogii, ukazującej śmierć podopiecznego oraz rezygnowanie z rycerskiego etosu. Istnym miodem na serce jest także znużony bzdurną krucjatą panicza Alfred, potrafiący zawsze unieszkodliwić swego pracodawcę stosowną dawką sarkazmu. Gal Gadot także prezentuje się okazale, chociaż bez niej recenzowany film nie straciłby nic a nic ze swej wymowy. Jej występ należy potraktować jako, dający uciechę, ale jednak chwyt marketingowo-promocyjny (których tutaj jest, niestety, bez liku).

bvsdoj_ultimate_face_off_002

Mroczny, poważny wydźwięk filmu jeszcze jako tako da się zrozumieć. W końcu Ameryka przeżywa obecni kryzys egzystencjalny. Pogubiła się w byciu strażnikiem świata i obecnie stoi przed wyborem naprawdę mniejszego zła w postaci wyścigu do Białego Domu. Jak jeszcze nigdy przedtem społeczeństwo jest skłócone, ucieka się nawet do przemocy w celu przekonywania do swych racji. Obrazowanie Batmana i Supermana jako złamanych ludzi, którzy w momencie kryzysowym odkrywają uniwersalną prawdę o sobie samych („Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo…” Kaczmarskiego się przypomina), miałoby stosowny wydźwięk, gdyby nie to, że właśnie brakuje zobrazowania tej otoczki społecznej wraz z pozytywnym wpływem Supermana na ludzkość. Zamiast tego otrzymujemy zaś pod koniec istną rozpierduchę rodem z nieszczęsnej „Fantastycznej Czwórki”, wraz z powielaniem dziejowych błędów DC Comics, widocznych jak na dłoni przy „Śmierci Supermana” i małpowaniu strategii wydawniczej Marvel Comics. Tym razem wyszło nieco bardziej śmieszno aniżeli straszno. Zwłaszcza, gdy wytwórnia stwierdziła, że tworzy filmy dla widzów, nie dla krytyków. Zaprawdę powiadam, wielu widzów obeznanych w komiksach z lat 90. będzie zniesmaczonych głupotkami, nieścisłościami i płaskością przepięknie dopracowanych obrazów pozbawionych treści.

Czy „Batman v Superman” to taki „Batman i Robin” naszych czasów? Choć jest to nieco krzywdzące i niesprawiedliwe stwierdzenie, to niestety muszę zgodzić się z tą tezą… przynajmniej w pewnym sensie. O ile Schumachera pogrążyły fabryki zabawek i wysublimowane strategie marketingowe, Snydera zaślepiła chęć zrealizowania kilkuletniego planu filmowego Marvela w jeden rok, za sprawą jednego filmu. Konsekwencje są straszne w zasadzie dla wszystkich. Upragnionego biliona nie ma, więc zapewne czym prędzej będzie realizowany nowy „Batman” z Affleckiem. By nadrobić wyniki finansowe, Warner Bros. będzie musiało zrezygnować z realizacji mniejszych, nieco bardziej przyziemnych projektów z kategorii filmów obyczajowych i dramatów. Tym samym amerykańskie kino będzie jeszcze mocniej opierać się na franczyzach, zabijając możliwość realizacji autorskich projektów. Spiralę możemy budować w nieskończoność, kończąc na definitywnym kryzysie kina za oceanem jako formy sztuki jako takiej. Zwłaszcza, gdy pojedynek Batmana z Supermanem przypomina bardziej swoją teatralnością wrestling, aniżeli przejmującą ostateczną batalię o prawdy ostateczne.

Krótko ujmując, „Batman v Superman. Świt sprawiedliwości” jest przeszarżowanym średniakiem. Snyder nie rozumie, że mniej w pewnych przypadkach oznacza więcej, a chwil, gdy ukazuje się z najlepszej strony (przenoszenie scen Millera na kanwę filmową w skali 1:1), jest jak na lekarstwo. Nie jest to masakra pokroju wspomnianej już „Fantastycznej Czwórki”, ale jednocześnie nie jest to nie wiadomo jaki kamień milowy, zmieniający gatunek filmowej superbohaterszczyzny. Choć doceniam rozmach filmu i jego impet, to jednak nie mam specjalnie ochoty oglądać go po raz kolejny w formie zaprezentowanej w kinie. Wersję reżyserską natomiast z zaciekawieniem obejrzę. Liczę, że będzie to odpowiednik nieszczęsnego „Daredevila”, który w wersji rozszerzonej nawet bronił się jako osobna produkcja. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o „Świcie sprawiedliwości”, który pozostawia po sobie tylko poczucie zupełnego wyczerpania. Chciałem ze wszystkich sił pokochać ten film, jest to jednakże niezmiernie trudne. Zmarnowany nieodwracalnie potencjał na godny zapamiętania obraz. Niemałe rozczarowanie, choć nie z zupełną katastrofą mamy tutaj do czynienia.

 

Autorem recenzji jest Michał Chudoliński. Więcej o nim dowiecie się tutaj.

 

Korekta: Monika Banik

219880_warner-bros_724 34b22224b57b434b2147dc6a665bea5c

Dziękujemy Warner Bros. Entertainment Polska oraz Cinema City za zaproszenie na pokaz prasowy omawianego filmu.

 

Tytuł: „Batman v Superman. Świt sprawiedliwości”

Reżyseria: Zack Snyder   

Scenariusz: David S. Goyer, Chris Terrio   

Obsada: Ben Affleck, Henry Cavill, Amy Adams, Jesse Eisenberg, Diane Lane, Laurence Fishburne, Jeremy Irons, Holly Hunter, Gal Gadot, Scoot McNairy, Callan Mulvey, Tao Okamoto

Zdjęcia: Larry Fong

Muzyka: Hans Zimmer, Junkie XL    

Montaż: David Brenner     

Scenografia: Patrick Tatopoulos     

Kostiumy: Michael Wilkinson

Czas trwania: 151 minut

Oceń wpis:
[Głosów: 4]
Batman v Superman. Świt sprawiedliwości – Recenzja filmu written by Chudyśrednia ocen3/5 - 4oceny użytkowników