Barwny Rycerz

Dodano: 9 lutego 2018

[Głosów: 4]

Batman ’66: Jaskrawy Rycerz

Tekst pierwotnie został opublikowany na stronie blog.cdp.pl.

Był kiedyś taki czas, gdy Mroczny Rycerz wcale nie był taki posępny ani gnuśny jak teraz. Walczył za dnia w pogodnym Gotham City i z uśmiechem na twarzy spuszczał manto kryminalistom. Królował wtedy pop-art, a w klubach tańczono boogie-woogie.

Serial telewizyjny z Batmanem, emitowany przez amerykańską stację ABC w latach sześćdziesiątych, jest równie ważnym elementem mitologii Nietoperza, co spuścizna Franka Millera, Tima Burtona, Bruce’a Timma czy Christophera Nolana. Można się z niej śmiać, czynić sobie drwiny, kpić. Niemniej jednak wielce prawdopodobne, że bez tego odcinkowego cyklu moglibyśmy się nie doczekać kolejnych, „nietoperzastych” ekranizacji komiksowych…, a nawet zahamowano by całkowicie wydawanie komiksów z obrońcą Gotham! Nie mówiąc już o wpływie na inne ikony popkultury, jak chociażby znane z Cartoon Network Atomówki.

Ujarzmianie niewinnych owieczek

Historia tego przedsięwzięcia rozpoczyna się od wydania książki Seduction of Innocent doktora Fredrica Werthama w 1954 roku, w okresie makkartyzmu i polowania na agentów ZSRR w USA. Niniejszy psychiatra starał się wszem i wobec przekonać, że komiksy degenerują młodzież równie mocno, co przedwczesne picie alkoholu lub czytanie pornografii. Swymi nierzetelnymi badaniami (jeżeli przyjrzymy się uważnie metodologii i pytaniom badawczym) udowadniał on opinii publicznej, że obcowanie z historiami obrazkowymi skłania młodzież do przeistoczenia się w wandali, przestępców, a w najgorszym razie homoseksualistów albo wyobcowane społecznie jednostki. Dowodził za wszelką cenę, że Batman i Robin to tak naprawdę skryci geje, zaś opowieść o Wonder Woman to historia dominy uwielbiającej krępowanie.

Choć niektóre z zarzutów zawartych w publikacji Werthama mniej lub bardziej pokrywały się z rzeczywistością, to książką stanowiła jedną wielką nadinterpretację, a dodatkowo popełnione w niej kardynalne błędy dyskredytowały ją jako pozycję naukową. Mimo to wpływ książki na przemysł komiksowy w Ameryce był kolosalny i dewastujący zarazem. Zaniepokojeni rodzice umawiali się na masowe palenie komiksów, i to nie tylko na prowincji, ale także w takich metropoliach jak np. Nowy Jork. W międzyczasie ustanowiono komiksowy kodeks, oznaczający śmierć dla obrazkowych horrorów i serii kryminalnych wydawanych w latach pięćdziesiątych. Kodeks odgórnie nakazywał wydawcom nieporuszania kontrowersyjnych tematów społecznych w scenariuszach oraz zakazywał epatowania przemocą, seksem i wszelakiego rodzaju używkami. Od tego momentu komiks amerykański stał się na wiele lat ostoją konformizmu, miałkich opowieści i oderwanych od rzeczywistości postaci.

Jak się miewał wtedy Batman?

Trzeba zacząć od tego, że heros w stroju nietoperza nie był wtedy równie popularny jak obecnie. W zasadzie sprawował rolę drugoplanową wobec Supermana, wówczas komiksowego króla. Człowiek ze Stali władał umysłami mas w sposób totalny – oprócz komiksów realizowano z nim audycje radiowe, seriale telewizyjne i animacje. Znał go wtedy absolutnie każdy, choćby dlatego, że wielkie balony i makiety z jego wizerunkiem pojawiały się regularnie na lokalnych paradach związanych ze Świętem Dziękczynienia, jednym z najważniejszych świąt obchodzonych przez Amerykanów. Batman był w tamtych czasach znany, ale nie miał statusu ikony popkultury. Był w zasadzie kimś w rodzaju „młodszego brata” Supermana, zaliczając zaledwie występy gościnne w jego radiowych programach.

Kodeks komiksowy dotkliwie nadszarpnął reputację zamaskowanego mściciela, która i tak stopniowo obniżała loty. Dotychczas znany z swej brutalnej krucjaty i nie cackania się z bandziorami (wręcz ich zabijał), Batman miękł z roku na rok. Rodzina w postaci sojuszników i pomocników, stanowiąca dla niego niejako podporę psychiczną i ostatnią deskę ratunku w chwilach załamania, powiększała się w niesamowicie szybkim tempie. Oprócz Alfreda i Robina pojawili się: Batwoman, Batgril, bat-pies…, nawet stworzono magiczną karykaturę Gacka w postaci Bat-mite’a. Książka Werthama sprawiła, że komiksy te dodatkowo zaczęły wgłębiać się w konwencję dziwacznego science-fiction oraz iście szalonych historii, w których Batman zamieniał się w bat-małpę albo bat-dziecko.

Telewizyjna odsiecz

Odejście od noirowych i pulpowych korzeni poskutkowało spadkiem sprzedaży, a co za tym idzie – zmniejszonym zainteresowaniem perypetiami Batmana. Dopiero rewolucje zaaranżowane przez redaktora Juliusa Schwartza w 1964 roku pozwoliły oderwać Batmana od groteskowej fantastyki i podświadomie wpajanego homoseksualizmu. Od Detective Comics (vol. 1) #327 Robin nieznacznie wydoroślał, natomiast Alfreda zastąpiła ciotka Harriet z Anglii. Heros został na chwilę odratowany, wkraczając w erę kolekcjonerów, sztuki popularnej wysławionej przez Andy’ego Warhola i Roya Lichtensteina oraz campu, o którym głośno zrobiło się za sprawą eseju notatki O Campie Susan Sontag.

„Wiele okazów campu jest z poważnego punktu widzenia złą sztuką lub kiczem”, mówiła ta, znana z książek wydawnictwa Karakter, światowej sławy intelektualistka. „Nie wszystko jednak. Nie tylko, że camp niekoniecznie musi być złą sztuką, ale sztuka, którą można określić jako camp, czasem zasługuje na jak najpoważniejszą uwagę i podziw”. Krótko mówiąc, campowe produkcje i twory były swego rodzaju pozycjami z kategorii guilty pleasures, aczkolwiek w mocno ironicznym ujęciu, ze świadomością parodystycznego i zdystansowanego wymiaru zarazem. Te wszystkie wymienione wcześniej zjawiska i konwencje zaważyły na wykreowaniu Światłego Rycerza w 1966 roku.

Na pomysł serialu wpadł William Dozier, amerykański producent filmowy i aktor. Chciał stworzyć twór czerpiący z popularności cyklów telewizyjnych o Supermanie; twór, który na tamten czas był zupełną rewolucją i do dzisiaj jest uznawany za jeden z bardziej innowacyjnych eksperymentów w dziejach telewizji. Sama idea narodziła się w sposób zupełnie nietypowy. Dozier pewnego razu przyjął zaproszenie Hugh Hefnera, twórcy i wieloletniego redaktora naczelnego Playboya, na jego imprezę-przebierankę w stylu komiksowym. Jako że Hefner był wielki fanem historii obrazkowych, przebrał się za Batmana. Entuzjazm gości prezencją playboya był tak wielki, że zainspirowało to Doziera i włodarzy ABC do prac nad telewizyjnym mścicielem.

Bojownik w kolorze

Bob Kane, współtwórca postaci Mrocznego Rycerza, wspominał w wielu wywiadach, że gdyby nie serial Doziera, to przypuszczalnie anulowano by wydawanie komiksów z Batmanem. Nie jest to do końca prawdą. Owszem, zyski ze sprzedaży zeszytów systematycznie spadały, jednakże ich poziom był w latach sześćdziesiątych co najmniej zadowalający, nawet wobec nowego otwarcia Marvela i pojawienia się trykociarzy Stana Lee i Jacka Kirby’ego. Trzeba pamiętać, że Kane’owi, jako posiadaczowi praw do Batmana, zależało na popularności jego herosa, gdyż dzięki temu mógł zyskać upragniony dla siebie rozgłos i pomnożone zyski wynikające z zależności praw autorskich. Tak samo zresztą zachowywał się przy pracach mających wytworzyć Batmana Burtona, gdy w zasadzie ani trochę nie był samokrytyczny wobec pomysłów kolejnych scenarzystów i reżyserów chcących podjąć się adaptacji.

W każdym razie serial nie tyle uchronił przed kompletnym bankructwem Batmana w świecie komiksu, co pomnożył jego popularność. Droga do tego sukcesu z początku była ciernista – przetasowania aktorów odgrywających główne role i fatalne oceny przedpremierowych pokazów spowodowały, że mało brakowało, aby produkcja została wstrzymania. Uratowały ją w zasadzie dwie rzeczy. Po pierwsze, stacja ABC była żądna kolejnych sukcesów na antenie, nie posiadała wtedy znaczących alternatyw na kolejny serial, a emitowane przynosiły jedynie straty. Po drugie, Dozier wpadł na pomysł zawieszenia akcji w połowie odcinka, co miało zmusić widzów do wyczekiwania na kolejny epizod następnego dnia o tej samej godzinie. W efekcie stwierdzenie „W tym samym bat-czasie, na tym samym bat-kanale” stało się w USA kultowe. Zwłaszcza że serial emitowany był w kolorze, co w tamtych czasach było jeszcze rzadkością. Właściwie Adam West był pierwszym „Kolorowym” Rycerzem, jaki pojawił się w telewizji, jakkolwiek dwuznacznie to brzmi. Co zabawne, ta dwuznaczność jest tutaj jak najbardziej zalecana…

Batmania

Takiego tworu w telewizji nigdy wcześniej nie było. Oto powstał serial traktowany na poważnie przez młodzież i dzieci, który jednocześnie miał opinię komedii w oczach dorosłych. W efekcie całe rodziny siadały w środy i czwartki wieczorem, aby oglądać przedziwne przygody zamaskowanego mściciela, przepełnione autoironią i parodią, czynioną z zupełną premedytacją. Nawet komiksowi fani, znający Batmana Billa Fingera i Boba Kane’a, oglądali z przejęciem te kiczowate dzisiaj historie. Kluczem do sukcesu było tutaj „zawieszenie wiary”, pełna świadomość swojej śmieszności i gra aktorska sprawiająca, jakby to wszystko odbywało się na serio.

Rezultat był dla telewizji onieśmielający – z dnia na dzień gogusiowaty aktor Adam West i zupełny aktorski żółtodziób Burt Ward stali się bożyszczami Ameryki. Za sprawą zaś produkcji zabawek, śniadaniowych pudełek, plakatów oraz innych przedmiotów sygnowanych logiem nietoperza rozegrało się istne szaleństwo. Twórcy mieli szczęście, ponieważ w trakcie emisji serialu coraz głośniej było o protestach lewicowych działaczy oraz hipisów, które doprowadziły do rewolucji kulturowej pod koniec lat sześćdziesiątych.

Camp stał się częścią antyuniwersyteckiej obrony kultury popularnej, przez co jeszcze więcej osób chciało oglądać serial. Według nich doskonale obrazował on kulturową walkę dobra ze złem, która miała miejsce w mediach oraz szkolnictwie wyższym. Swoją drogą, zabawnym jest obserwowanie jak serialowy Batman z orędownika idei utworzenia „Wielkiego Społeczeństwa” (koncepcja ówczesnego prezydenta USA, Lyndona Bainesa Johnsona, mająca usprawiedliwiać ówczesną walkę z ubóstwem oraz pomoc w edukacji dzieci; później wyśmiewana przez m.in. punkowców i rockmanów) przemienia się w bojownika zauważającego nierówności społeczne, rasizm i wszelkiego rodzaju odmienności. Ma to miejsce w ostatnim, trzecim sezonie serialu.

Nie zważając jednak na kontekst polityczno-społeczny, trzeba zaznaczyć, że mamy do czynienia z jednowymiarową, głupiutką, infantylną wręcz produkcją odcinkową. Ale w sumie czemu tu się dziwić? Serial telewizyjny był tak cudaczny, gdyż komiksy o Batmanie z tamtego okresu były przesadzone i dziwne. Twórcy serialu nie znali się zasadniczo na komiksie i inspirowali się pierwszym, lepszym komiksem, nie mając świadomości pulpowego, brutalniejszego Batmana Kane’a i Fingera. I tak oto absurd…

… gonił absurd.

I było śmieszniej….

… a Batmanowi nie przeszkadzało wtedy nawet nawoływanie do wspierania wojny wietnamskiej:

Tyle do zawdzięczenia

Ponadto telewizyjna seria uratowała wielu łotrów z galerii Batmana od zgnicia w niebycie i wykreowała jedną, znaczącą heroinę. To tutaj na nowo odżyli Catwoman i Riddler, którzy od wielu lat nie pojawiali się na kartach komiksu! Nie dość, że z miejsca stali się kanonicznymi postaciami dla tej mitologii, to jeszcze aktorzy nadali im takiego wigoru, że niektóre kreacje zawarte w serialu uznawane są do dzisiaj za najlepsze interpretacje tych łotrów w pozakomiksowych mediach.

Tak jest niewątpliwie z Riddlerem odegranym przez wspaniałego Franka Gorshina. Za rolę Człowieka Zagadki otrzymał nominację do nagrody Emmy, a jego gra stanowiła inspirację dla wielu popkulturowych artystów. Bez niego Nik Kershaw nie nagrałby nigdy piosenki The Riddle, a Nightwish Riddlera. Odwołania do Gorshina są nawet widoczne w piosence Method Mana The Riddler, chociaż została ona wyprodukowana w ramach ścieżki dźwiękowej do zupełnie innej produkcji – filmu Batman Forever. O Jimie Carreyu i jego inspiracjach już nawet nie wspominam – wystarczy porównać grę obu aktorów.

Brakowało co prawda wyrazistego Two-Face’a albo Scarecrowa. Pamiętajmy jednak, że obowiązywało wtedy prawo zniechęcające do wykorzystywania postaci odwołujących się zasadniczo do grozy tudzież przemocy. Joker niby wpisuje się w tę poetykę, ale tutaj był radosnym pajacem czyniącym figle, a nie mordującym ludzi na lewo i prawo. Idąc jednak dalej, to tutaj Mr. Zero przemianowano na Mr. Freeze’a, a z racji popularności Catwoman niebawem w komiksach pojawiła się Poison Ivy, alias Pamela Lillian Isley, bioterrorystka i kobieta-modliszka jednocześnie.

Co najważniejsze, Barbara Gordon jako Batgirl nigdy nie zyskałaby takiej rzeszy fanów gdyby nie zadebiutowała w omawianej produkcji. Mało kto o tym wie, ale z początku planowano stworzyć oddzielny serial z córką komisarza policji w Gotham, będący spin-offem omawianej serii. Historia Batgirl była jednak nieco bardziej skomplikowana – Carmine Infantino posiadał w biurze szkic z nowym członkiem bat-rodziny. Nie mógł go jednak należycie wykorzystać, gdyż DC Comics nie było przekonane do nowej bat-kobiety w szeregach bojowników zwalczających zbrodnie. Obawiali się kolejnej słodkiej idiotki pokroju Batwoman. Pewnego razu jednak jeden z producentów zauważył projekt opisanej postaci i bez pytania wykorzystał go w serialu. Choć w komiksie Barbara Gordon jako Batgril pojawia się później niż jej występ w serialu, to jej korzenie są zdecydowanie komiksowe. Yvonne Craig (przed serialem była znaną baleriną) nadała superbohaterce tyle feministycznego kolorytu, że naprawdę trudno było ją zapomnieć.

Zmęczenie materiału

Serial był istną niezwykłością. Sprawiał, że ktokolwiek wziął w nim udział natychmiastowo stawał się celebrytą i kimś, z kim warto było pokazywać się na salonach. Stąd wiele występów gościnnych w poszczególnych odcinkach osób znanych z amerykańskiej popkultury, które obecnie mogą wyłapać jedynie osoby zaznajomione z tamtejszą kinematografią lub życiem towarzyskim. Wyjątkiem od reguły są tutaj Bruce Lee, który wystąpił jako pomocnik Green Horneta (i znów, gdyby nie Batman Westa, Zielony Szerszeń nigdy nie byłby tak sławny) oraz Władziu Valentino Liberace w roli jednego z późniejszych adwersarzy Dynamicznego Duetu (Liberace był jednym z najbardziej utalentowanych pianistów ubiegłego wieku, w dodatku miał włosko-polskie korzenie. Nie tak dawno Steven Soderbergh zrobił o nim film pt.: Wielki Liberace, produkcji HBO, z Michaelem Douglasem w roli głównej).

Choć udział w serialu brali naprawdę dobrzy aktorzy, znani z brytyjskiego teatru, dramatów lub westernów, to twórcy szybko zaczęli zjadać swój własny ogon. Jak mawiał Adam West, „splendor serialu mknął wysoko ku górze tak szybko, że mógł następnie jedynie spadać”. W pewnym momencie moralizatorstwo Batmana zaczęło być męczące i sztuczne, w historii przewijało się zbyt wiele postaci, a na dodatek studio obcinało koszty, przez co emisję kolejnych odcinków ograniczono do jednego epizodu w tygodniu. Nie mówiąc już o humorze, który wydawał się zbyt nieświeży i bez polotu.

W pewnym momencie sytuacja była na tyle tragiczna, że jeden z ostatnich odcinków przedstawiony był w kompletnych ciemnościach, a akcja była prowadzona przez kwestie wymawiane przez aktorów! Oczywiście trudno tutaj nie wspomnieć o filmie Batman zbawia świat Leslie H. Martinsona z 1969 roku, który spopularyzował Lekkiego Rycerza na cały świat. Choć ów obraz zbierał dobre oceny, to świata pod względem oglądalności nie zawojował. Zawierał w sobie całkowitą esencję serialu. Było w nim wszystko, co najlepsze, jak i najgorsze w kolejnych odcinkach. Zresztą niniejszy film to jedyna historia z Adamem Westem jako Batmanem, z jaką Polacy mogli się zetknąć za sprawą naszej telewizji, czy to poprzez Polsat, TV Puls, czy TV 4.

Nie byłbym jednak sobą, nie przywołując niniejszej sceny. Po niej inaczej ogląda się superprodukcję Mroczny Rycerz Powstaje Christophera Nolana:

Łabędzi śpiew?

Ostatecznie to wcielenie Batmana zdjęto z anteny 14 marca 1968 roku. Choć pamięć o serialu nadal żyła w narodzie amerykańskim, to ta pamięć miała również ciemniejsze oblicze. Przez 20 lat nie było bowiem możliwe stworzenie mrocznego, klimatycznego filmu o Batmanie, satysfakcjonującego jego największych fanów. Dodatkowo, czas po zdjęciu serialu z anteny był wyjątkowo dotkliwy dla odtwórców głównych ról. Wielu aktorów, zwłaszcza Adam West i Burt Ward, nie mogło znaleźć kolejnych, intrygujących zleceń.

Przypięto im łatkę tych śmiesznych, fircykowatych herosów, aktorów potrafiących grać jedynie płaskie role. Dla Westa, marzącego o karierze playboya Hollywood, był to wręcz pocałunek śmierci. Działalność Dynamicznego Duetu poza serialem przypomina zresztą takie odcinanie kuponów, o czym możecie się przekonać z filmu Powrót do jaskini Batmana – przypadki Adama i Burta, opisującego relacje Westa z Wardem w trakcie kręcenia odcinków. O dziwo, ten film był swego czasu emitowany przez Canal+ w Polsce, chociaż poza sentymentalno-infantylną otoczką nie reprezentuje sobą nic szczególnego. Westowi nie przeszkodziło to jednak otrzymać kilka lat temu gwiazdy na Hollywoodzkiej Alei Sław. Nostalgia w Ameryce drzemie jednak mocno; aczkolwiek duży wpływ miał tutaj efekt serialu The Simpsons oraz wkład Setha MacFarlane’a, który wprost uwielbia odwoływać się do humoru Adama Westa.

Lata mijają. Batman od dawna przestał być radosnym obrońcą uciśnionych. Zbyt mocno skupiono się na jego poronionej psychice, urealistycznieniu jego środowiska, współczuciu jego adwersarzom… A skoro o tym mowa, to też z powodu serialu z lat sześćdziesiątych w scenariuszach skupiano się bardziej na łotrach, aniżeli na samym herosie. Oni byli napędem fabuły, co zresztą wykorzystywano potem w filmach Burtona, Schumachera oraz Batman: The Animated Series. Pierwszy film Burtona o długouchym, to zresztą jeden długi odcinek serialu z lat sześćdziesiątych, jednakże przeniknięty estetyką i filozofią autora Soku z Żuka, podobnie jak Alicja w Krainie Czarów. Będziecie mogli się o tym niebawem przekonać, gdyż właśnie w tym miesiącu, w USA, wyjdzie box ze wszystkimi, cyfrowo odnowionymi odcinkami serialu wraz z materiałami dodatkowymi. Dla wielu dzisiejszych odbiorców popkultury będzie to pierwsze zetknięcie się z tym fenomenem w tak dobrej jakości.

Nadspodziewanie dobry komiks

Na sam koniec pozostawiłem kwestie komiksu Batman ‘66 w wykonaniu Jeffa Parkera (X-Men: First Class, Agent of Atlas), Johnathana Case’a i Mike’a Allreda (X-Statix). Ta seria jest chyba najlepszym przykładem stosunku bat-fanów do dziedzictwa Adama Westa i spółki – niby wspominają ten czas ze wstydem, ale i też z pewną dozą szacunku. Dla wielu z nich jest to guilty pleasure, do którego nikt sam z siebie się nie przyzna, a i tak zerka od czasu do czasu. Nie inaczej jest z Batman ‘66; rozpoczęty na bazie popularności komiksu Mike’a Allreda z wybornej antologii Solo, będącej niejako hołdem złożonym dawnemu Batmanowi – Batman A-Go-Go.

Z racji tego, że DC Comics stawia na pokazywanie różnorodnych oblicz Mrocznego Rycerza, postanowiono odkurzyć również serialową interpretację w formie historii obrazkowej. Tym razem jednak dystrybuowanej w pierwszej kolejności cyfrowo, żeby iść z duchem czasu. Nie dziwi mnie to, zważywszy, jak stary jest typowy czytelnik komiksu na Zachodzie. W ogóle należy podkreślić fakt, że z racji starzenia się społeczeństwa oferta wydawnicza, filmy oraz parki rozrywki są obecnie tworzone głównie z myślą o osobach, chcących przypomnieć sobie czasy wyświetlania pierwszych Gwiezdnych Wojen, Indiany Jonesa albo innych franczyz z kilkudziesięcioletnim dorobkiem. To oni, nie dzieci, są głównymi adresatami popkulturowych produkcji.

Cóż można rzec o samym komiksie? To nieskrępowana, ożywcza zabawa motywami z przeróżnych filmów, muzyki, gier. Stanowi zabawę na wysokim poziomie, której od dawna brakowało w nadętych i poważnych seriach o Mrocznym Rycerzu. Dawno nie miałem tak pozytywnych odczuć po lekturze komiksu z Batmanem. Naprawdę trudno odgadnąć, co w obserwowanym szaleństwie wydarzy się dalej. Stąd też jest to zarówno komiks ekscytujący, nostalgiczny, jak i niesamowicie zabawny.

Jeżeli męczą cię, drogi czytelniku, zbyt pompatyczne tudzież krwawe opowieści z trykociarzami, sięgnij po Batman ‘66. To dopiero eskapizm pełną gębą, barwny, witalny i stęskniony za czasami, w których wszystko było prostsze, a na przyszłość spoglądało się z nadzieją. I to w zasadzie jest jedyny mankament tego komiksu – potrafi polepszyć nastrój na tyle, że późniejsze zetknięcie się z rzeczywistością możne natchnąć bolesną melancholią. Niemniej jednak cieszmy się chociaż tym, że od teraz możemy czytać takiego Batmana, jaki nam się żywnie podobna. Nawet tego najtandetniejszego ze wszystkich.

Przygotowując tekst korzystałem m.in. z książki: Bruce Scivally, „Billion Dollar Batman”, Wilmette 2011 oraz dokumentów filmowych „BAT-MANIA – From Comics to Screen” w reżyserii Jamesa Gordona oraz „Batman 1960’s Television Show Documentary”.

Autorem powyższego artykułu jest założyciel i głównoprowadzący bloga „Gotham w deszczu” Michał Chudoliński – Krytyk komiksowy i filmowy. Prowadzi zajęcia w Collegium Civitas z zakresu amerykańskiej kultury masowej, w szczególności komiksów („Mitologia Batmana a kryminologia”). Przez lata związany z „Magazynem Miłośników Komiksu KZ” jako redaktor naczelny. Pomysłodawca i redaktor prowadzący bloga „Gotham w deszczu”. Realizował projekt „O popkulturze na serio” dla Centrum Kultury w Żyrardowie. Współpracował z „Polityką”, „2+3D”, „Nową Fantastyką”, „Czasem Fantastyki”, Polskim Radiem oraz magazynem „Charaktery”. Pełnił funkcję kuratora Sekcji Mitów Popkultury na festiwalu filmów dokumentalnych DOCS AGAINSTGRAVITY FILM FESTIVAL (wcześniej PLANETE+ DOC FILM FESTIVAL). Jako manager Laboratorium Reportażu Uniwersytetu Warszawskiego pomagał Markowi Millerowi m.in. przy pracach nad książką z elementami reportażu komiksowego „Papież i Generał”. Obecnie pracuje w TVP.

Korekta: Mikołaj Dusiński, Aleksandra Wucka.

Oceń wpis:
[Głosów: 4]
Barwny Rycerz written by Chudyśrednia ocen3.8/5 - 4oceny użytkowników