Alan Grant. Wywiad

Dodano: 26 lutego 2018

[Głosów: 1]

Rozmowa pierwotnie została opublikowana na stronie blog.cdp.pl.

Przeraża mnie świadomość, że tworzone niegdyś przeze mnie fikcje przeradzają się obecnie w rzeczywistość – wywiad z Alanem Grantem

Legendarny scenarzysta przygód Batmana i Sędziego Dredda dzieli się z Michałem Chudolińskim i Michałem Siromskim opowieścią o swoich początkach, swojej wizji Batmana, Anarchu, swoich związkach z anarchizmem oraz ostatnio zrealizowanych projektach.

UWAGA – PRZEKLEŃSTWA TU I ÓWDZIE! ZOSTALIŚCIE OSTRZEŻENI.

Dla polskich fanów Mrocznego Rycerza jesteś postacią szczególną. TM-Semic w zasadzie rozpoczynał popularyzowanie Batmana właśnie od Twoich historii, rysowanych przez znakomitego Norma Breyfogle’a. Stąd też Twoja postać cieszy się u nas wyjątkową renomą. Zdawałeś sobie z tego sprawę na początku lat 90. tudzież w momencie, gdy przybyłeś do Łodzi?

Absolutnie o tym nie wiedziałem. Nie mieliśmy wówczas informacji z europejskich rynków dotyczących odbioru naszych historii. Natomiast dochodziły do mnie głosy zachwytu od czytelników z południowej i środkowej Ameryki, z takich krajów jak: Argentyna, Peru, Chile czy Meksyk. Po dziś dzień uznawany tam jestem za jednego z czołowych pisarzy komiksów o Batmanie, głównie dlatego, że moje historie były bardzo przyziemne. Dotyczyły zwyczajnych ludzi, często żyjących na ulicy, sprawiedliwości społecznej dla słabych i potrzebujących. Nie były to typowe historie z Nietoperzem, w których stykał się on z pozaziemskimi istotami albo innymi cudacznymi zjawiskami, które miał za zadanie powstrzymać za wszelką cenę. Nie interesowało mnie także maglowanie po raz enty ucieczki Jokera z wariatkowa i pokazywanie, jak Batman znowu musi go złapać i wsadzić do więzienia, żeby ten zwiał jeszcze raz i jeszcze raz… Chodziło mi bardziej o skoncentrowanie się na zwyczajnych ludziach i na ich interakcji z Batmanem.

SONY DSC

Wydaje mi się, że popularność moich historii o Batmanie w krajach południowoamerykańskich wynika z tego, że tamtejsze społeczeństwa walczyły z przeróżnego rodzaju juntami o demokrację i z tego też względu potrafią identyfikować się z moimi bohaterami. Bardzo cenią moje komiksy, szczególnie te z Anarchem. Ta postać cieszy się u nich wielką sławą.

Wypracowałeś jakąś szczególną metodą opracowywania tychże historii? Co Ciebie inspirowało w trakcie ich tworzenia?

Nic specjalnego, pomysły same przychodziły do mnie, czerpałem je z głowy, tak po prostu. Owszem, gdy pracowałem wcześniej nad Sędzią Dreddem wraz z Johnem Wagnerem robiliśmy sobie prasówkę z gazet codziennych i tabloidów, wyolbrzymialiśmy zjawiska i zbrodnie, o których media wtedy trąbiły zewsząd. Zakrawa na ironię fakt, że opisywaliśmy zjawiska mające dopiero nadejść. Do takich wniosków dochodzę, patrząc na dzisiejsze dzienniki i serwisy informacyjne. Wracając jednak do Batmana – musiałem dla niego wypracować zupełnie odmienne opowieści aniżeli dla Sędziego Dredda. Co prawda, wiele ich łączy, ale jednocześnie jeszcze więcej dzieli. Do każdej postaci staram się podchodzić indywidualnie. Tak trzeba.

Podobno komiksem zauroczyłeś się już jako dziecko?

Historie obrazkowe poznałem dzięki swojej babci, która od najmłodszych lat uczyła mnie czytać i pisać. Była przykuta do wózka, nie wychodziła z domu. Używała do nauki komiksy z DC Thompson, nazywały się „The Beano” i „The Dandy”. Wpadłem w nie po uszy. Nie przypominam sobie czasu, kiedy miałem przerwę od komiksu. Przerobiłem chyba wszystko, co możliwe w tym medium – od humoru poprzez klasyczne historie superbohaterskie i materiał undergroundowy, gdy kończyłem 20 lat.

Gdybyś miał opowiedzieć historię swojego życia niczym bajkę, jaka byłaby to opowiastka?

To nie byłaby bajeczka dla dzieci, zdecydowanie nie. Przebrnąłem bardzo wyboistą, krętą drogę. Nic nie zapowiadało, że będę scenarzystą komiksowym. Choć wszyscy uznają mnie za Szkota, to tak naprawdę urodziłem się w Bristolu. Rodzice wyprowadzili się jednak stamtąd, gdy miałem rok. Od zawsze byłem buntownikiem, buńczucznym indywidualistą. Wydalano mnie ze szkoły i uniwersytetów. W czasach szkolnych zawiniłem tym, że miałem czelność palić pety w kiblach przeznaczonych dla starszych uczniów. Na uniwersytecie mnie nie chcieli, bo nie chciałem uczyć się hebrajskiego, wolałem zajmować się czymś innym. Swoją drogą, nie potrafiłem nauczyć się tego języka…

Po tym epizodzie wcale nie było lżej. Podejmowałem się przeróżnych zajęć, od pracy w banku po dziennikarstwo, bycie konduktorem, pracę rolną, a nawet fuchę w lokalnym samorządzie. W żadnym z tych zawodów nie zapuściłem dostatecznie mocno korzeni. Nie potrafiłem dogadać się z ludźmi, zawsze było jakieś „ale”. Marzyłem, aby przeistoczyć się w artystę, ale z powodu poważnego upośledzenia nie mogłem rysować.

SONY DSC

Wreszcie pod koniec lat 60. zacząłem przygotowywać się do roli redaktora. Zanim zacząłem pisać regularnie, poprawiałem przeróżnego rodzaju publikacje. Mam na swoim koncie harlekiny, magazyny o modzie, cotygodniowe komiksy, magazyny, horoskopy i pisma z prozą. Nawet w pewnym momencie pisałem romansidła dla nastolatek, bo czułem, że mogę pisać lepsze historie. Robiłem to jako freelancer, ale nie zawojowałem rynku. W rzeczywistości nastąpił okres kompletnego odludzia – nic się nie działo, byłem bez perspektyw.

Jak właściwie zacząłeś pracować nad komiksami?

Sytuacja zmieniła się pod koniec lat 70. John Wagner i Pat Mills, tworząc 2000 AD, zaproponowali mi pisanie scenariuszy do komiksów o Tarzanie. Znałem ich jeszcze z czasów, gdy uczyłem się fachu redaktora w Thomspon DC. Pracowałem nad Tarzanem rok, a w międzyczasie zrobiłem kilka krótszych historyjek. Musiałem im się spodobać, bo zaprosili mnie do Londynu. Dostałem staż w zespole redakcyjnym, ale szybko pokłóciłem się ze starszymi kolegami. Tak to już ze mną jest. Zamiast dolewać oliwy do ognia, przesunięto mnie do pomocy przy scenariuszach komiksowych, m.in. Sędziego Dredda. Nie było to trudne, bo współpracowałem z Johnym Wagnerem. Dzieliliśmy w tym czasie mieszkanie, akceptowałem go (jak na osobę nieradzącą sobie z działaniem grupowym jest to już dużo), a wspólne wymyślanie historii przychodziło łatwo i szybko. Było przy tym mnóstwo frajdy. Do dzisiaj, od czasu do czasu, robimy coś razem.

Komiks w Wielkiej Brytanii ma się obecnie dobrze?

Myślę że tak, chociaż nie ma wokół niego wielkiego szału. Zresztą, to jest zgoła inny rynek. U nas komiksy wydawane są w trybie cotygodniowym i zazwyczaj można dostać antologie zbierające pięć-sześć pięciostronicowych historii. Poszczególne periodyki zajmują się albo sportem, albo historiami wojennymi, albo historiami science fiction. Komiks istnieje, ale nie traktuje się go u nas z wielkim uwielbieniem. Tutaj też był uznawany za produkt śmieciowy. W dodatku potencjalny sukces w postaci filmowej adaptacji Sędziego Dredda nie przekłada się na wzrost sprzedaży komiksów. Nie wiadomo, dlaczego tak jest…

Jak trafiłeś do DC Comics?

Pod koniec lat 80., to był bodajże rok 1988, do mnie i do Johnny’ego zadzwonił Denny O’Neil. Bardzo go ceniłem jako scenarzystę Batmana – jako jeden z nielicznych ukazywał jego człowieczeństwo. Okazało się, że czytał nasze historie o Dreddzie i z chęcią chciał przenieść klimat naszych opowieści do Batmana. W dodatku był w niemałej desperacji – „Detective Comics” słabo się sprzedawało, istniało zagrożenie zamknięcia miesięcznika. Widział w nas nadzieję. Wierzył, że nadamy temu komiksowi inną dynamikę, inny nastrój.

SONY DSC

Denny dał nam dwa zeszyty na próbę. Cieszyłem się jak dziecko. O ile podświadomie podśmiewywałem się z absurdów zawartych w przygodach Zielonej Latarni, Wonder Woman czy Supermana, tak Batmana darzyłem szacunkiem i sympatią. To mój ulubiony superbohater. Głównie dlatego, że jest po prostu człowiekiem. To facet, który przeszedł wszelkie możliwe stany znane człowiekowi, stąd ma w sobie wielkie pokłady współczucia. Stworzył sam siebie właściwie od zera (no, może z małą pomocą Alfreda), rozwijając swoje ciało i umysł do granic wytrzymałości. Nie widziałem w nim obsesyjnego bojownika, dla mnie był to człowiek wielkiej wiary. Wierzył w odkupienie ludzkości, pomimo całego gówna, które nas otacza. Chciał wierzyć w to, że za tymi okrucieństwami i nihilizmem w ludziach czai się jeszcze odrobina godności i przyzwoitości, o którą warto walczyć. Marzyłem od małego, żeby pisać o nim historie.

Historia z Brzuchomówcą była na tyle dobra dla Denny’ego, że dał nam roczny kontrakt przy „Detective Comics”. To było dla mnie spełnienie marzeń. Dla Johnny’ego Wagnera była to sprawa nieco instrumentalna – nie przepadał za Batmanem, ale zależało mu na wkroczeniu na amerykański rynek komiksowy. Dla nas to była okazja, bo za pisanie brytyjskich komiksów nie otrzymywaliśmy tantiemów, a za Batmana twórcy takowe dostawali w zależności od wysokości sprzedaży danego tytułu. Jednak Johnny szybko się zniechęcił, gdy zobaczył, że przez pierwsze pięć miesięcy sprzedaż nie podskoczyła w górę. W ogóle nie był zainteresowany Batmanem. Zrobiliśmy razem pięć zeszytów, chociaż przez pierwsze dwanaście zeszytów jego nazwisko widniało obok mojego. Podpisywaliśmy kontrakt razem, a ja nie chciałem stracić tej pracy.

John nigdy nie żałował, że odszedł od pisania Detective Comics. Wierzcie mi jednak, minę miał nietęgą, jak zobaczył czeki za komiksy o Batmanie po premierze adaptacji Tima Burtona (śmiech). Sprzedaż poszybowała w górę jak nigdy wcześniej.

O jakich liczbach konkretnie mówimy?

Gdy zaczęliśmy pisać do „Detective Comics”. Sprzedaż sięgała pułapu 75 tys. egzemplarzy na miesiąc (swoją drogą – dzisiaj taka sprzedaż to dla wielu redaktorów spory sukces!). Po premierze filmu podskoczyła nagle do 650 tys. kopii. To było niewyobrażalne powodzenie. Ludzie pracujący wtedy w DC Comics obłowili się na tym sukcesie. Mieliśmy do czynienia z istnym szałem, a twórcy za swoje honoraria potrafili spłacać wtedy zaliczkę za dom. To były bardzo dobre czasy, miło je wspominam.

Jak mało który scenarzysta legend o Mrocznym Rycerzu, wolałeś wprowadzać nowe postacie, aniżeli skupiać się na klasycznej Galerii Łotrów obrońcy Gotham. Dlaczego zdecydowałeś na taki kierunek?

Wpłynęło na to kilka czynników. I nie chodzi tutaj wcale o to, że byłem przyzwyczajony przy komiksach z Sędzią Dreddem do wymyślania co rusz nowych kryminalistów, którzy byli następnie szybko likwidowani pod koniec każdej historii. Nie miała na to wpływu także sprawa Brzuchomówcy, który pierwotnie miał być antagonistą Dredda. Zaważył jeden istotny fakt – nie orientowałem się wtedy za mocno w komiksach o Batmanie. Nie wiedziałem specjalnie, co się w nich dzieje od czasów zeszytów pisanych przez O’Neila i rysowanych przez Adamsa. Starałem się robić swoje. Denny powiedział mi pewnego razu o jednej zasadzie, jakiej mam się trzymać: „Batman nie zabija. Nie może zabić. Nigdy nie odbierze człowiekowi życia. W przeciwnym razie przeistoczyłby się w kryminalistów, których przecież ściga. W oderwaniu od tego, jeśli będziesz potrafił to usprawiedliwić, Batman może robić wszystko”. Poszedłem tą drogą.

SONY DSC

Tak na marginesie – zanim napisaliśmy historię z Brzuchomówcą, dostaliśmy wytyczne, żeby inspirować się dwoma komiksami przy kreowaniu naszych opowieści. Pierwszym z nich był „Zabójczy Żart”. Co tu dużo mówić – Alan Moore jest klasą samą w sobie. Redagowałem swego czasu jego komiksy. Pisze najdłuższe scenariusze komiksowe, jakie w życiu widziałem. Potrafi opisać jeden kadr komiksu na całej stronie, wchodząc w najmniejsze detale zawarte w obrazku. Drugim z kolei komiksem był „Powrót Mrocznego Rycerza”, który uważam za bardzo przereklamowany. Jako Brytyjczyk miałem wrażenie, że prawie połowa pomysłów została zerżnięta z historii publikowanych w 2000 AD. Oczywiście 2000 AD nie jest żadną świętą krową, my pewnie też kradliśmy z Hollywood, ale miałem poczucie, że dużo materiału Franka Millera było wcześniej poruszane w komiksach brytyjskich, szczególnie w przygodach Sędziego Dredda.

Pamiętam, że Norm, będący wtedy bardzo młodym rysownikiem, w zasadzie debiutującym, miał mi za złe, że wprowadzam nowych łotrów. Miał wielką ochotę narysować klasyczne postacie. Ale patrząc z perspektywy czasu na pozytywny odbiór amerykańskich i brytyjskich czytelników piszących w tamtych czasach jeszcze papierowe listy doszliśmy do wniosku, że warto było tak uczynić.

A właśnie – jaki masz stosunek do Norma Breyfogle’a? Nadal się przyjaźnicie?

Tak, chociaż komiksów razem nie tworzymy i wiele nas różni od siebie, jeżeli chodzi o sprawy światopoglądowe. Ostatni raz widziałem się z nim cztery, pięć miesięcy temu na konwencie „Something Bloody Awesome” organizowanym na uniwersytecie w Edynburgu przez tamtejszą społeczność studencką. To było wyjątkowe spotkanie, nie widzieliśmy się od kilku lat. Przywiózł ze sobą swoje wczesne historie o Batmanie, narysowane i napisane przez siebie samego, jakie tworzył od ósmego do osiemnastego roku życia. Można było przeczytać jego pierwszą historię, jaką stworzył jako ośmiolatek, drugą opracowaną w wieku 11 lat, trzecią w wieku 14 lat i ostatnią, stworzoną już w dojrzałym wieku. Oczywiście te prace są kompletnie nieporównywalne z jego obecnym poziomem rysowniczym, jak niebo i ziemia. Ale już wtedy było widać, że będzie wspaniałym rysownikiem komiksowym. Tego właśnie chciał od najmłodszych lat. Nie widział siebie w innej roli. I bardzo dobrze. To doskonały artysta i – co ważniejsze – jeszcze lepszy opowiadacz historii. Jest w tym błyskotliwy. Potrafi dobrze rozplanować akcje na stronie, potrafi ponadto rozłożyć odpowiednio akcenty i emocje tak, że chce się zaangażować w historię. Uwielbiałem z nim pracować i od momentu, kiedy zrobiliśmy ostatni komiks, razem nadal poszukujemy możliwości, żeby ponownie współpracować. Ale jak na razie nie znaleźliśmy wydawcy, który zatrudniłby nas w tym samym czasie i dał nam pole do popisu. Ta sytuacja nie zmieni się w najbliższym czasie.

Pamiętam jak pierwszy raz się spotkaliśmy. Doszło wtedy do bardzo długiej, filozoficznej dysputy. Byłem potwornie sfrustrowany faktem, że nie rozumie mojego punktu widzenia. Jak się później okazało, tylko ze mną pogrywał. Uśmiechnął się złośliwie i rzekł: „Masz rację, po prostu lubię się kłócić” (śmiech). Uważam nadal, ze jest najlepszych rysownikiem Batmana w historii, nie było lepszego do tej pory, a współpraca z nim to czysta przyjemność. Dopełnialiśmy się w procesie twórczym i byliśmy sobie bardzo bliscy. Bywało, że ja nocował u niego, a bywało też tak, że on nocował u mnie. To prawdziwa przyjaźń, pomimo różnicy wieku i temperamentu.

Jak odbierasz obecnie swoje dziedzictwo w uniwersum Batmana?

Jestem dumny z tych 13 lat, jakie spędziłem przy pisaniu historii o Batmanie. Denny O’Neil był, jako redaktor, geniuszem. Miał zresztą taką ksywkę – „redaktor Zen”. Miał talent do łączenia w zespoły twórców, którzy dopełniali się nawzajem, po czym ulatniał się i praktycznie nie ingerował w nasz proces twórcy. Pozwalał nam robić to, na co mieliśmy ochotę. Jego pryncypialną zasadą było nie przeszkadzać twórcom. Miał do nas wielkie zaufanie i za to jesteśmy mu wdzięczni. Do dzisiaj zastanawiam się, jak doszedł do wniosku, że warto mnie skumplować z Normem, żebyśmy razem tworzyli komiksy. Widocznie znał się na ludziach, był świetnym obserwatorem.

Co do samych historii, to starałem się w nich zawrzeć moje subiektywne poglądy na temat Batmana, ukształtowane jeszcze za czasów dziecięcych. Chciałem ukazać nadczłowieka uświadomionego w tym, kim jest i do czego zmierza. Dla mnie był i jest dobrym człowiekiem, czyniącym zawsze to, co jest koniec końców słuszne. Tak odbieram tę postać i tak chciałem nią zarazić czytelników. To właśnie starałem się sprzedać. Bardzo mi także zależało na tym, żeby odbiorcy odczuwali frajdę z każdym kolejnym zeszytem. W końcu mamy do czynienia z rozrywką.

SONY DSC

Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły dotyczące tego, co pozostawiłem w samej mitologii, gdyż albo to jest zamiatane pod dywan, albo zupełnie bezczeszczone. Współczesny Anarch kompletnie nie przypomina postaci wypracowanej przeze mnie i przez Norma. W dodatku wszyscy zapomnieli, że w „Scottish Connection” Bruce Wayne odkrywa swoje szkockie korzenie (co zresztą jest ukłonem w stronę Billa Fingera i jego wypracowania prawdziwej tożsamości dla Batmana). Harold z kolei został zabity w „Hushu”, a o tym, że Joker jest prawdziwym ojcem Anarcha, też mało kto pamięta, z racji braku wznowień serii o tym antybohaterze. Nie mam zamiaru jednak narzekać, bowiem nie wydaje mi się, żeby scenarzyści pozostali wierni mojej wizji Batmana. Nie muszą, tak jak ja nie muszę czytać tych komiksów. Nie mówię, że są złe czy też dobre. Są zwyczajnie inne.

Tak samo nie jestem entuzjastą filmów o Batmanie. Nie mam żadnego interesu w oglądaniu ich. Miałem wielkie nadzieje wobec Tima Burtona w 1989 roku. Miałem nadzieję, że zawrze Batmana w kontekście realizmu, a Gotham ukaże jako prawdziwe miasto, nawet jeżeli miałoby być do bólu dziwne, groteskowe. Niestety, zamiast tego wolał bawić się campem zawartym w serialu z lat 60. z Adamem Westem w roli głównej. W dodatku powinno dojść do przetasowania ról – to Keaton powinien być Jokerem, a Nicholson Batmanem. W ten oto sposób aktorom postawiono by wyzwanie, a tak właściwie to grają w tym filmie samych siebie, bez finezji. Idąc dalej, z trylogii Nolana obejrzałem jedynie pierwszy film, którego nazwy nie potrafię sobie przypomnieć. Tam z kolei zraziło mnie, że Batman nie wypracował sam swojej krucjaty. Nie podobało mi się to, że przez całe dorosłe życie był manipulowany przez Ra’s al Ghula i innych kryminalistów. Nie tak widzę Mrocznego Rycerza, i nie o to w nim chodzi, moim zdaniem. Ale to są zgoła odmienne interpretacje tej postaci, są kompletnie inne i mają prawo takie być. Nic mi do tego.

Wracając do moich komiksów – zdecydowanie wolałem pracę przy „Detective Comics”. Przy tej serii odczuwa się absolutną wolność tworzenia. Przedstawia bowiem Batmana w trakcie patrolowania miasta, ukazuje jego indywidualne śledztwa, można skupiać się na detalach, które interesują twórców. Przy „Batmanie” już tak fajnie nie jest, chociaż w jakieś mierze to nadal jest przyjemność. Przy tej serii trzeba mocno skupiać się na continuum, a redaktorzy częściej patrzą na ręce. Trzeba się zastanawiać, czemu Wayne tak długo nie rozmawiał z Luciusem Foksem, co się z nim właściwie dzieje, tak jak i z resztą obsady drugoplanowej. Aż tak wielkim fanem continuum nie jestem. Rozumiem zasadność i istotność ciągu przyczynowo-skutkowego, ładu historycznego, ale nie uważam go za priorytet. Zbyt dużo continuum zabija artystyczną kreatywność.

Z Anarcha jesteś jednak dumny?

Tak, owszem. Aczkolwiek z nim wiąże się również mój największy zawód związany z pisaniem przygód Batmana. Postać Anarcha odzwierciedla zarówno moje, jak i Norma poglądy na świat oraz społeczeństwo. Pamiętam jak dziś, że prosiłem Norma, aby narysował postać podobną jednocześnie do V z „V jak Vednetty” oraz jednego z szpiegów ukazujących się w komiksie „Spy vs. Spy” z magazynu „Mad”. W jego debiucie z ’89 roku zawarłem wszelkie poglądy anarchistyczne, w jakie wierzyłem (i w większości nadal wierzę) jako nastolatek. Miałem nadzieję, że Loonie przeistoczy się z czasem w Robina. Nie wiedziałem jednak, że w tym samym czasie Denny O’Neil pracował wraz z Marvem Wolfmanem nad przeistoczeniem Tima Drake’a w kolejnego Cudownego Chłopca. Byłem tym absolutnie sfrustrowany i miałem żal, że nie stało się inaczej. Zwłaszcza że wobec tej postaci otrzymałem najwięcej listów i e-maili od czytelników. Ten antybohater potrafił czytelników poruszyć, odmienić ich życie, a miniserię z nim, jaką zrobiłem kilka lat później wraz z Normem, uważam za jedną z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek stworzyłem. Cieszę się, że Anarch pojawia się w innych mediach, czy to w animacji, czy grach komputerowych. Jestem zawsze tym podekscytowany. Zwłaszcza że za każdym razem otrzymuję nieznaczne, ale zawsze, tantiemy za użycie tej postaci w innych mediach. Szkoda tylko, że podchodzą do niego jak do anarchisty z karykatur lat 40. ubiegłego wieku, w których anarchista jest w zasadzie wrogiem społeczeństwa rzucającym na lewo i prawo koktajlami Mołotowa czy podkładającym bomby. Anarch wymyślony przeze mnie nigdy nie był egocentrykiem, terrorystą. Był właściwie obrońcą niewinnych, słabych, niepełnosprawnych, naznaczonych społecznie.

Jestem również zadowolony z Brzuchomówcy i Scarface’a, z powodu ich karykaturalności, jak i Conreliusa Stirka, który czasami śni mi się po nocy w koszmarach.

Nadal jesteś anarchistą?

Nic się w tej sferze nie zmieniło. Od czasu napisania miniserii o Anarchu moje poglądy nieco się zmieniły, to prawda, ale nadal jestem anarchistą. Należę od kilku lat do Brytyjskiej Partii Anarchistycznej. Co zabawne, w czasie pisania pierwszych historii o Anarchu byłem członkiem organizacji, która nazywała się bodajże British Anarchist Society. Prenumerowałem pismo wydawane przez nich. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle anulowano moją prenumeratę z racji tego, że postać Anarcha została opublikowana w USA. Uznano to za komercjalizację anarchizmu. A ja sądziłem, że właściwie robię im przysługę.

Przy postaci Anarcha warto odnotować fakt, że Denny O’Neil w zasadzie uratował tę postać przed przeistoczeniem jej w kolejnego wroga Batmana, już w samym debiucie. W pierwotnej wersji scenariusza zapisałem, że Anarch zabija kilka osób poprzez porażenie prądem. Denny jeden, jedyny raz zasugerował mi, żebym nie zmuszał swoich postaci do popełniania czynów nieodwracalnych, naznaczających je. Nie byłem w stanie z tym polemizować. Jeszcze raz muszę podkreślić, że Denny był wspaniałym redaktorem, nawet w końcowej fazie kariery. Choć przy serii o Anarchu były non-stop dyskusje z bat-redakcją i byłem zmuszany do realizowania historii nie po swojej myśli, to udało mi się go wtedy przekonać do zawarcia w komiksie aluzji, że Joker być może jest ojcem Looniego. Miałem nadzieję, że z czasem rozwinę ten koncept. Myślałem, że być może odwrócę po kilku zeszytach całą sprawę w żart i w rzeczywistości pokaże innych rodziców Anarcha. Jak jednak wiemy, kolejne zeszyty tej serii nie były już publikowane…

Ale przecież spotkał Cię zaszczyt otrzymania własnej, autorskiej serii o Batmanie – Batman: Shadow of The Bat. Z tego, co wiem, było to miejsce specjalnie stworzone dla Ciebie i Norma. Mało który autor zyskuje taki prestiż przy tytułach związanych z Batmanem.

To zabawne, bo gdy dostaliśmy z Normem propozycję związaną z „Shadow of the Bat”, to z początku byłem jej przeciwny. Nawet sam Denny był w szoku, gdy mu o tym powiedziałem. A mnie i Normowi chodziło o to, żeby pracować nad 500-nym. numerem Batmana, który miał wyjść w najbliższym czasie. Byłby to dla nas honor równie wielki, co prowadzenie własnej serii na własnych zasadach. Jednocześnie moglibyśmy otrzymać niebotyczne honorarium z racji jubileuszowego numeru, jedynego w swoim rodzaju. Pamiętam do dziś, że walka Bane’a z Bat-Azraelem sprzedała się w granicach 4 i pół miliona egzemplarzy, a Doug Moench i Mike Manley otrzymali niebotyczne premie za ten numer. Niemniej jednak prawda była taka, że dostaliśmy ofertę nie do odrzucenia – i tak zostalibyśmy wyrzuceni z serii, czy nam się to podoba, czy nie.

W pierwotnym zamyśle „Cień Nietoperza” miał być przeznaczony tylko i wyłącznie dla mnie i Norma. Mieliśmy robić w tej serii to, co tylko nam się żywnie podoba. To był wielki zaszczy i honor. Niestety, w międzyczasie Norm otrzymał od Malibu Comics propozycje tworzenia własnych komiksów, na swoich zasadach. Oferowali 50 tys. dolarów zaliczki. W głębi duszy Norm chciał tworzyć własne historie, na swoich zasadach. Zgodził się na ten układ, pozostawiając mnie samego przy tytule. Złamał mi wtedy serce, zważywszy na to, jak wspaniałym zespołem byliśmy.

Tak zaczęły się problemy z DC Comics?

Moim zdaniem zaczęły się już w momencie wielkiego sukcesu „Knightfallu”, ukazującego debiut Bane’a. Nie podobały mi się te wszystkie zajazdy redakcyjno-pisarskie mające miejsce w przedmieściach Nowego Jorku. Nie zrozumcie mnie źle, darzę wielkim szacunkiem Chucka Dixona i Douga Moencha, to naprawdę dobrze scenarzyści. Nie jestem jednak dobry jako zawodnik kolektywu, a gdy do głosu dochodziły jeszcze trzy głosy redakcyjne, powstawał tylko i wyłącznie chaos, nad którym zapanować potrafił jedynie Denny. „Knghtfall” jako pierwszy chyba ukazał prymat marketingu nad kreatywnością. Ale czemu tu się dziwić – sprzedaż rosła, pieniądze przychodziły z potrójną siłą. Czemu więc nie tworzyć takich eventów regularnie? I tak po Knightfallu pojawił się Knightquest, a po nim Knightsend, by doprowadzić do absurdu pod tytułem Cataclysm, który nawet nie był pomysłem scenarzystów, a pomniejszych redaktorów stojących w cieniu Dennisa O’Neila. Tych samych fanboyów, którzy zdetronizują go po kilku miesiącach.

Cataclysm, jako crossover, był jednym wielkim potworem, do którego miałem i mam nadal okropną awersję. I to nie tylko ja! Ta historia nie trzymała się kupy. Jej sedno zawierało się w tym, że Batman przez pół roku był nieobecny w zniszczonym przez trzęsienie ziemi Gotham, aby walczyć o prawa miasta przed trybunałem stanu. Tymczasem wszyscy najważniejsi przestępcy i szaleńcy pouciekali ze zniszczonych placówek i pozajmowali swoje terytoria, tak jakby to była jakaś słaba gra komputerowa… Nie dość, że takie zachowanie nie jest w stylu Batmana (w końcu skupiłby się na ratowaniu ludzi, aniżeli na jakieś taniej dramie sądowej), to kompletnie nie rozumiałem, dlaczego Liga Sprawiedliwości nie pomogła mu w odbudowaniu miasta i posprzątaniu całego tego chaosu. Ale nie, redaktorzy zarządzili, że Gotham to teren Batmana i, zamiast przyjmować pomoc, powinien wywalać każdego bohatera ze zrujnowanego miasta. Tak było z Anarchem. Zamiast powiedzieć mu, że bardzo przydałaby mu się jego pomocna dłoń, to rozkazał mu, jak jakiś buc, opuścić natychmiast miasto. W przeciwnym razie spuści mu łomot.

Cały ten scenariuszowy chaos był wynikiem burzy mózgów młodszych redaktorów stojących u boku Denny’ego O’Neila. Denny, pomimo swoich atutów, stawał się coraz starszy i zwyczajnie nie panował nad ogromem serii, jakie wtedy wydawano wokół Batmana. Coraz częściej polegał na pomocy swoich pomocników, którzy nawet nie byli redaktorami. To byli fanboye, niemający zdrowego dystansu do swojej pracy, lubujący się we wtrącaniu do obowiązków scenarzystów i prowadzeniu ich za rączkę. Pamiętam, jak Cataclysm przyczynił się do wzrostu sprzedaży serii o Batmanie. Scott Peterson, jeden z ówczesnych pomniejszych redaktorów, napisał wtedy bardzo długi list do scenarzystów i redaktorów z bat-redakcji. Wynikało z niego, że w związku z komercyjnym powodzeniem, a co za tym idzie obiektywnym ukazaniem racji tychże redaktorów, postanowiono pozbyć się wszystkich dotychczasowych scenarzystów. Na ich miejsce mieli przyjść nowi, zaprzyjaźnieni z redaktorami stojącymi za „Cataclysm”. Z starej gwardii miał pozostać jedynie Chuck Dixon. Denny uznał takie faworyzowanie Chucka za bezzasadne, i choć było mu przykro, i go to autentycznie bolało, wyrzucił wtedy nas wszystkich.

Mam do Denny’ego za to wielki żal. Widziałem, jak odchodził Marv Wolfman przede mną. Okazało się wtedy, że Denny ma ogromny problem ze zwalnianiem ludzi, szczególnie jeżeli chodzi o zżytych przyjaciół. Na początku swojej przygody z Batmanem umówiłem się z nim, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie czas odejścia z bat-komiksów, powie mi o tym prosto w oczy, bez ceregieli. W rzeczywistości o swoim zwolnieniu dowiedziałem się od osoby trzeciej. Bardzo mnie to zasmuciło. Zadzwoniłem do Denny’ego następnego dnia. Powiedział mi wtedy, że w zasadzie przez ostatni rok mojej działalności przy „Shadow of the Bat” działałem poniżej swoich możliwości. Zapytałem się go wtedy, dlaczego nie powiedział mi o tym wcześniej i dlaczego musimy rozwiązywać to w taki sposób. Osobiście uważam, że został do tego zmuszony, że nie miał siły oprzeć się naporowi siły młodszych adeptów, szukających możliwości wybicia się za wszelką cenę.

Po dziś dzień nie potrafimy zrozumieć, dlaczego DC Comics nie opublikowało jeszcze żadnych wydań zbiorczych kolekcjonujących historie Twoje i Norma Breyfogle’a. Dla wielu fanów wydaje się to skandaliczne. Wiesz może, dlaczego tak jest?

Zupełnie nie wiem. Byłbym zachwycony, gdybym zobaczył swoje historie z „Detective Comics”, „Batmana” albo „Shadow of the Bat” w formie zbiorczych antologii. Ale chyba nigdy się ich nie doczekam. Wydaje mi się, że dla DC to forma kary, jaką wymierza mi oraz Normowi od wielu lat, nie podając w międzyczasie żadnego racjonalnego powodu dla swojej postawy. To smutne, zwłaszcza że w Hiszpanii niniejsze historie zostały zebrane jako kilka ekskluzywnie wydanych tomiszczy. Sprzedają się tam bardzo dobrze. Miałem nadzieję, że to zmotywuje DC do ogłoszenia podobnych wydań zbiorczych u siebie. Jednak nic z tego.

Do DC wysłałem wiele propozycji nowych historii o Batmanie, w większości rysowanych przez Norma. Każda z nich została odrzucona. W większości przypadków nie wiemy zupełnie dlaczego, bowiem nie było żadnego odzewu odnośnie moich pomysłów, a miałem naprawdę bardzo dobre pomysły. Przy jednym z nich zaskoczyłem nawet samego siebie. Niemniej jednak nawet wobec tego zwrotu fabularnego zostałem potraktowany chłodno. Czasami mam ochotę zarezerwować bilet lotniczy do Nowego Jorku, odwiedzić tamtejsze biuro DC i krzyknąć: „Słuchajcie, co się tu, kurwa, dzieje?!” (śmiech).

To dlatego nie piszesz już więcej dla DC Comics?

Naprawdę nie wiem, dlaczego moje propozycje związane z pisaniem Batmana tudzież innych postaci są odrzucane jedna po drugiej. Mam jedynie domysły w tej sprawie. Jednym z nich, i to jest przypuszczalnie prawda, jest zemsta wyżej postawionej osoby w wydawnictwie za moje zachowanie albo za moje poglądy. Pamiętam taką sytuację na rok, dwa lata po moim zwolnieniu z DC Comics. Uczestniczyłem na pewnym brytyjskim konwencie komiksowym w panelu, na którym zagościł również jeden z wiceprezydentów wydawnictwa. Doszło do sytuacji, w której ta osoba odpowiadała na pytania czytelników i fanów kłamstwami. Nic, co wtedy powiedział, nie było prawdą. Zwróciłem mu dwa razy uwagę, ale on nadal robił swoje. W końcu nie wytrzymałem i w pewnym momencie powiedziałem publiczności, że „znam tego człowieka, gościłem go u siebie w domu i vice versa. W związku z tym powinniście wiedzieć, że wszystko, co do tej pory powiedział, jest kłamstwem, aczkolwiek nie zależy mu specjalnie na tym, ażebyście o tym wiedzieli”. Ten rzeczony wiceprezydent, choć byliśmy przyjaciółmi, nagle odwrócił się w moją stronę. W tym momencie widziałem, jak maska zakrywająca jego prawdziwe oblicze spada z jego twarzy. Myślałem wtedy, że się na mnie rzuci i zrobi krzywdę, tak był wściekły. Naprawdę miałem poczucie, że chce mnie zabić. I choć można to uznać za totalny zbieg okoliczności, to w zasadzie od tamtej chwili każda kolejna propozycja współpracy od DC jest regularnie odrzucana. Na dodatek Norm w tym samym czasie zaczął być traktowany podobnie. Niestety nie mam na te przypuszczenia żadnych dowodów, ale czasami zdarzają się takie sytuacje w tym środowisku. Czasami środowisko bywa mściwe.

Czy uważasz, że komiksy superbohaterskie są zżerane obecnie przez poprawność polityczną?

Oj tak. Uważam, że zbytnio koncentrują się na walce herosów z łotrami, chcących zazwyczaj przejąć władzę nad światem, albo na inwazji obcych etc. Nie ze wszystkimi seriami tak jest, ale zdecydowana większość tych historii odchodzi od problemów dotykających zwyczajnych ludzi. A ludzie tak naprawdę muszą się zmierzyć z biedą, nierównościami społecznymi, ogromną niesprawiedliwością wynikającą z podziału dóbr. Są rejony na tym świecie, w których ludzie egzystują w skrajnej biedzie, egzystują obok milionerów, co jest przyczynkiem do przeróżnego rodzaju konfliktów. Jeżeli nie rozwiążemy tego problemu, nie będziemy go nagłaśniać, to świat nigdy nie będzie zjednoczonym, spokojnym miejscem.

Komiksy superbohaterskie kompletnie oderwały się od rzeczywistości. DC ma z tym o wiele większy problem aniżeli Marvel, gdyż Marvel w latach 60. potrafił znaleźć na siebie nowy pomysł, potrafił przetransformować się zgodnie z naturą tamtego czasu. Stan Lee i Jack Kirby stworzyli nowe generacje bohaterów, które przyciągnęły wtedy do kart komiksu młodzież. Nie bali się poruszać spraw społecznych ani poglądów politycznych w swoich historiach. DC z kolei, tak mi się przynajmniej wydaje, nigdy nie poddało się ewolucji czasu – przerabiają w koło Macieju te same koncepty, idee, nawet większość opowieści dzieje się w wymyślonych miastach. Oczywiście są próby reaktywacji, resetów, ale zazwyczaj stoją w miejscu, tak jakby wcześniej nie odrobili należycie pracy domowej. Doskonale to widać w adaptacjach komiksowych – taki Green Lantern wypada blado przy Thorze, Iron Manie czy Avengersach, ponieważ ciągle tkwi w ideach wymyślonych w latach 40. Herosi Marvela potrafią się dostosować do poszczególnych czasów, są aktualni, przystępni dla czytelnika.

Chwaląc Marvela nie chcę jednakże odbierać im winy za kształt obecnych historii superbohaterskich. Zarówno Marvel, jak i DC Comics są współwinni zapaści tego gatunku komiksowego. Te dwa koncerny mają narzędzia, żeby temu w jakiś sposób zaradzić, ale może to być ciężkie zadanie do realizacji. Na przykład bardzo trudno stworzyć muzułmańskiego łotra dla superbohatera. Można tym łatwo zrazić muzułmanów żyjących już w państwach zachodnich. Niektórzy takim posunięciem poczują się zmobilizowani do przejścia na dżihad. Poczują się zwyczajnie atakowani. Byliśmy uczulani przez DC Comics, żeby nie dotykać tematu muzułmanów. Redaktorzy nie chcieli babrać się z dodatkowymi kłopotami. Sprawa ta nie zniknie jednak tak łatwo z obszaru opinii publicznej. To, co się dzieje obecnie z Państwem Islamskim oraz atakami terrorystycznymi w Ottawie, jest piwem, jakie kraje Zachodu, głównie USA, nawarzyły sobie po inwazji na Irak i Afganistan. Kierowały nimi w zasadzie chciwość, zachłanne pozyskiwanie ropy. Wcześniej czy później trzeba będzie w jakiś sposób rozwiązać ten problem.

Co obecnie porabiasz?

Z powodu problemów zdrowotnych, związanych głównie ze wzrokiem, nie jestem tak aktywny jak kiedyś. Nadal kontynuuję pisanie scenariuszy dla Sędzi Anderson, zamieszkującej uniwersum Sędziego Dredda. Podobnie jak w przypadku Batmana, jestem zachwycony jej człowieczeństwem i poczuciem humoru, jakie mogę wykorzystać w kreowaniu jej perypetii. Dodatkowo dla kanadyjskiego wydawnictwa „Renegade Arts Entertainment” piszę niezwykle zabawną serię „Tales Of The Buddha Before He Became Enlightened”, która sprawia mi mnóstwo frajdy. Właśnie w obiegu jest dostępne pierwsze wydanie zbiorcze tej serii. Mam tylko nadzieję, że nie dorwie się do niego żaden mieszkaniec Birmy albo Sri Lanki, gdyż w przeciwnym razie może na mnie czekać jakiś dżihadysta za rogiem z nożem w ręku (śmiech). Pomagam także swojej córce w tworzeniu książeczek dla dzieci w nowo założonym przez nią wydawnictwie. Dużo czasu spędzam z swoim wnukiem, dzięki któremu poznałem „Batman: Arkham Origins”. Bardzo ucieszył mnie występ Anarcha w tej grze, chociaż jest on kompletnie inną postacią od tej, którą wymyśliłem.

Jako anarchista uważasz, że świat zmierza w dobrym kierunku?

Gdy o tym myślę, zdaję sobie sprawę z pewnej rzeczy. Przeraża mnie świadomość, że tworzyłem niegdyś fikcje, które przeradzają się obecnie w rzeczywistość. Ta cała szara, nieuporządkowana dystopia kreowana w komiksach o Sędzim Dreddzie czy nawet problemy społeczne zawarte w moich „Batmanach” są coraz bardziej realne, a bajzel wokół tego się nawarstwia. Obecny świat to naprawdę gówniane miejsce, a jego bohaterowie, nawet ci komiksowi, nie starają się posprzątać nawet w najmniejszej części tego bałaganu. Są zajęci sobą. Wydaje mi się, że społeczeństwo zachodnie upada, dezintegruje się, a życzliwość i dobroć odchodzą na dalszy plan na rzecz kłamstw, kradzieży oraz umiejętności zabicia kogoś, nawet w białych rękawiczkach. W czysto ekonomicznej terminologii, nasz świat dzieli się na dwa rodzaje ludzi – produktywnych i nieproduktywnych, tak zwanych pasożytów. Owe pasożyty, tworzące wokół nas totalitarny świat, tworzą wszelkie problemy. Mówię tutaj o politykach, prawnikach, akademikach itp., itd.

Jeżeli czegoś się boję w swoim życiu, to poczucia, że świat w momencie mojej śmierci będzie w jeszcze większym rynsztoku, aniżeli był za czasów moich narodzin. A nie ukrywajmy, jestem już bliżej aniżeli dalej pewnych spraw. Przywódcy światowi nie uczą się na błędach historii, są zaślepieni przez chciwość i obłudę. Moją jedyną nadzieję pokładam w przyszłych generacjach, szczególnie w moich wnukach. Wierzę, że znajdą sposób na rozwiązanie chociaż części tych problemów.

Na koniec chcielibyśmy zapytać, komu lub czemu zawdzięczasz w dużej mierze swoje umiejętności pisarskie? Co dla komiksiarza jest dobrym treningiem przed napisaniem scenariusza do historii obrazkowej?

W opowiadaniu historii najważniejsze jest trzymanie czytelnika, odbiorcy w napięciu. Jeśli będzie trzeba, pisarz powinien potrafić doprowadzić go do łez. Jak już wspominałem, zanim pisałem komiksy, popełniłem kilka romansideł dla nastolatek. Całkiem dobrze sobie radziły (śmiech). To z nich nauczyłem się tworzenia melodramatycznych momentów. Jeżeli więc chcesz pisać komiksy, jakikolwiek scenariusz, napisz wcześniej kilka harlekinów (śmiech). Pisanie taki chałtur dobrze robi dla warsztatu. W momencie, gdy będziesz w stanie napisać dobre, szmatławe romansidła, będziesz gotów napisać wszystko, uwierz mi (śmiech).

Powyższy wywiad został stworzony na podstawie wywiadu przeprowadzonego z Alanem Grantem 4 października 2014 r. podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Autorzy wykorzystali również kwestie Granta wypowiedziane na panelu autorskim podczas MFKiG, prowadzonego przez Łukasza Chmielewskiego.

Alan Grant (ur. 1949r.) – Jeden z najbardziej znanych scenarzystów komiksowych ze Szkocji. Rozpoczynał od pisania horoskopów i opowiadań w prasie młodzieżowej. Do pisania historii obrazkowych wciągnęli go dwaj przyjaciele, John Wagner i Patt Mills, obecnie legendy brytyjskiej sceny komiksowej. Gdyby nie oni, nigdy by nie pisał takich serii jak: „Judge Dredd” , „Batman”, „Detective Comics”, „Lobo”, „L.E.G.I.O.N” czy „Shadow of The Bat”. Jego szczytowym osiągnięciem komercyjnym i artystycznym jest kultowy „Sąd nad Gotham”, w którym po raz pierwszy spotykają się Mroczny Rycerz i Sędzia Dredd. Pisał scenariusze dla rysowników europejskich, amerykańskich, a nawet japońskich. Obecnie mieszka w Essex, w przerobionym na dom XIV-wiecznym kościele.

Rozmawiali Michał Chudoliński i Michał Siromski.

Korekta: Mikołaj Dusiński i Aleksandra Wucka

Oceń wpis:
[Głosów: 1]
Alan Grant. Wywiad written by Chudyśrednia ocen5/5 - 1oceny użytkowników