Aktualność Powrotu Mrocznego Rycerza

Dodano: 14 lutego 2018

[Głosów: 2]

Tekst pierwotnie został opublikowany na stronie blog.cdp.pl.

Opus magnum Franka Millera wciąż jest najlepszą opowieścią o Batmanie, jaka kiedykolwiek została opublikowana, pomimo ponad 30 lat na karku.

Nowatorskie, jak na lata 80., podejście do Zamaskowanego Mściciela stanowi tylko jeden z elementów układanki, składającej się na klasyczne już dzieło. O wiele mniej w tym kontekście mówi się o wypracowanym przez Millera świecie. Patrząc na niego można odczuć, że „Powrót Mrocznego Rycerza” jest w zasadzie rozpaczliwym, chaotycznym wezwaniem amerykańskiego społeczeństwa do przebudzenia z letargu. Miller pragnie ukazać bolączki zachodniej cywilizacji (wraz z postępującą degrengoladą), aby ta się opamiętała, a następnie uchroniła przed apokalipsą, jaką zgotowała sama sobie. Na własne życzenie.

Początki

Oficjalnie „The Dark Knight Returns” narodził się w wyniku kryzysu komiksowego Batmana. Serie z detektywem przebranym za nietoperza sprzedawały się marnie na początku lat 80., a zainteresowanie czytelników malało. Wobec sprawy na ostrzu noża, DC Comics zdecydowało się wprowadzić znaczące zmiany. Nowym szefem redakcyjnym mianowano Dicka Giordano, który postawił sobie za zadanie wprowadzenie do DC ludzi mogących nieco polepszyć jakość wydawanych komiksów. Niedługo po objęciu nowej funkcji zaproponował on Frankowi Millerowi stworzenie własnej historii o Batmanie, mającej kompletnie wywrócić do góry nogami dotychczasowy obraz herosa. W ówczesnej popkulturze Mściciel z Gotham był wciąż postrzegany jako pogodna, autoironiczna postać z serialu telewizyjnego, pomimo znaczącego wkładu Denny’ego O’Neila czy Steve’a Engleharta w ukazanie jego detektywistycznej strony.

W momencie prac nad czteroczęściową miniserią „Batman: The Dark Knight” (pierwotna nazwa komiksu), Frank Miller dobiegał trzydziestki. Szczycił się już wtedy należnym szacunkiem w środowisku komiksowym za sprawą uratowania Daredevila od zapomnienia oraz historii „Ronin”, będącej jego osobistym hołdem dla kina samurajskiego oraz mechanizmów narracyjnych zawartych w europejskich historiach obrazkowych. „Powrót Mrocznego Rycerza” był dla Millera zwieńczeniem marzeń – od dziecka chciał odcisnąć swoje piętno na przygodach Batmana. Od tego zaczęła się zresztą jego fascynacja komiksem w latach 60. i późniejsza podróż do Nowego Jorku, gdzie uczył się u boku Neala Adamsa. Jednocześnie był świadomy, że do tego projektu musi podejść od zupełnie innej strony, w nowatorski sposób.

Sprawa Goetza

Ostateczny scenariusz całej miniserii powstał po piątej, szóstej redakcji, a sam proces kształtowania fabuły trwał dość długo. Dla Millera był to szczególny czas, bowiem przeżywał okres nadchodzącego kryzysu wieku średniego. Miał poczucie, że komiksy, jakie czytał do tej pory, nie były już przeznaczone dla niego. Brakowało mu serii przeznaczonych dla czytelników podobnych do niego samego; czytelników oczekujących od historii obrazkowej czegoś więcej, przede wszystkim odarcia z infantylizmu i poruszania istotnych tematów. Chcąc więc stworzyć komiks, który sam z chęcią chciałby poczytać, Miller przystąpił do szukania inspiracji do scenariusza. Wystarczyło, że wyszedł na ulicę i zetknął się z brutalnością dnia powszedniego – a w tamtych czasach nierzadko wszczynano wojny gangów, korupcja kwitła, narkotyki sprzedawały się dealerom w sposób zadowalający. Ponad tym wszystkim wisiało widmo zrzucenia przez Sowietów bomby atomowej i rozpoczęcia III Wojny Światowej.

Szczególnie ciekawa dla artysty wydała się jednakże sprawa „mściciela z metra”, który grudniowego wieczora 1984 roku postrzelił czterech młodych, Bogu ducha winnych, Afroamerykanów. Przez długi czas nikt nie znał jego tożsamości i nie wiadomo było właściwie, dlaczego ktoś miałby dokonać ataku na grupę chłopców. Wywiązała się ogólnoamerykańska debata na temat samoobrony i powszechnego dostępu do broni, a sam mściciel zyskał grono silnych zwolenników, jak i nieustępliwych wrogów w opinii publicznej. Sprawca zjawił się na posterunku nowojorskiej policji nieoczekiwanie, po dziewięciu dniach od napaści. Okazał się nim niejaki Bernard Goetz. Nie dość, że nie miał licencji na użytą broń, to jeszcze zaatakował młodych Afrykańczyków z powodu paranoicznego strachu o wieloosobowy napad na niego. Choć stawiano mu zarzuty usiłowania morderstwa i ataku z bronią palną, został uznany jedynie za winnego nielegalnego posiadania broni, otrzymując karę ośmiu miesięcy więzienia w zawieszeniu na rok. Miller bacznie obserwował sprawę i – zadziwiony szumem wokół Goetza – zaczął wyobrażać sobie człowieka obdarzonego charyzmą, uosabiającego siłę natury, działającego w ten sposób codziennie i systematycznie. Od tego momentu „Powrót Mrocznego Rycerza” obrał konkretny kierunek, a sam Batman stał się kimś pomiędzy Zorrem a Brudnym Harrym z filmu „Nagłe zderzenie”.

Ostatni sprawiedliwy

To był absolutny ewenement. Choć poszczególne zeszyty były bardzo drogie w 1986 roku, to bardzo dobra jakość wydania (sztywne, grube okładki z kredowym papierem i książkowym bindowaniem) wraz z zawartością rekompensowały koszta. Historia 55-letniego Bruce’a Wayne’a, decydującego się ponownie włożyć kostium Nietoperza, zawładnęła wyobraźnią czytelników. Wszyscy odbiorcy byli uraczeni niesamowitą wiarygodnością i człowieczeństwem Mrocznego Rycerza, który musiał zmagać się nie tylko ze słabościami swego ciała oraz dawnymi wrogami, ale także światem patrzącym krzywo na jego powrót. Policja, media, wojsko, rząd uznały go za zagrożenie – zwłaszcza że superbohaterowie odeszli w zapomnienie z racji zazdrości i zawiści śmiertelników, uznających ich bardziej za utrapienie aniżeli wybawienie. W tej brutalnej i bezwzględnej rzeczywistości Batman pojawia się jako reakcja na bezprawie, aczkolwiek tym razem nie mógł liczyć na legitymizację swego postępowania. Działał poza prawem na równi ze zwyrodnialcami, których łapał.

Wydanie zbiorcze, opublikowane rok później po zeszytach, zrewolucjonizowało rynek komiksowy w Ameryce. Oto po raz pierwszy na rynku komiks superbohaterski sprzedawano niczym książkę, a niniejszy zbiór reklamowano jako „powieść graficzną”. Czytelnicy, którzy od lat nie sięgali po komiksy, z powrotem zaczęli interesować się trykotami, natomiast ci zwabieni hasłem „graphic novel” byli oszołomieni tematami i prowokacyjnym sposobem mówienia o tamtejszym świecie. Eksperci są zgodni – w jednej chwili środowisko komiksowe w USA wydoroślało. Pierwsze wydanie książkowe sprzedano w nakładzie 110 tys. egzemplarzy, a ogromny sukces finansowy i komercyjny pozwolił na opublikowanie w następnych latach kolejnych kamieni milowych w postaci: „Zabójczego Żartu”, „Strażników” czy „Animal Mana”. Gdyby nie komiks Millera, nie moglibyśmy również obejrzeć „Batmana” Tima Burtona. To właśnie „Powrót Mrocznego Rycerza” przekonał włodarzy Warner Bros., że można zrealizować gotycką, posępną adaptację komiksów umiejscowionych w mieście Gotham. Mało tego, przez opóźnienia wynikające z prac nad poszczególnymi zeszytami Miller zastrzegł sobie, że będzie pracował nad swoim komiksem do momentu, aż zostanie należycie zrobiony. Tym samym od tamtego czasu wybitni twórcy komiksowi, pracujący dla DC lub Marvela, bardziej arbitralnie stosują się do terminów ostatecznego oddania gotowego dzieła i bardziej troszczą się o jego ostateczną jakość. Millerowi więc zawdzięczamy częste opóźnienia wśród niektórych, bardziej prominentnych, artystów, którzy momentami traktują to wręcz jako przywilej.

Jak po wielkiej bitwie kurz…

Choć wiele zawdzięczamy komiksowi Franka Millera, to można odnieść wrażenie, że „TDKR” (skrót od oryginalnej nazwy) czytany dzisiaj znacznie się zestarzał. Co by nie mówić, „Powrót Mrocznego Rycerza” wywołał wieloletnią modę na odbrązawianie herosów i epatowanie ich słabościami, trwającą w większym lub mniejszym zakresie nawet po dziś dzień. Zmęczonych, zmordowanych superbohaterów, jak Batman Millera, jest dzisiaj na pęczki, a szwadrony twórców wyświechtało na wszelkie możliwe sposoby rozwiązania zapoczątkowane przez autora „300” i „Sin City”. W dodatku, po lekturze co poniektórych historii wydanych wcześniej od kultowego komiksu Millera, a zwłaszcza tych z Sędzią Dreddem, widać, skąd twórca czerpał wenę do kreowania dystopijnych klimatów i zbliżającego się wielkimi krokami armagedonu. Polski czytelnik z kolei nie musi męczyć się już z katastrofalnym tłumaczeniem Tomasza Kreczmara, które zmitologizowało pierwsze wydanie „Powrotu Mrocznego Rycerza” w naszym kraju. Dostępny u nas od kilku lat przekład Tomasza Sidorkiewicza oddaje należycie ducha oryginału, aczkolwiek momentami brakuje w nim płomienniejszej interpretacji, która oddałaby emocjonalność dialogów Millera.

Czy pomimo prawie 30 lat od opublikowania pierwszych wydań warto jeszcze wracać do tego komiksu? Tak, choćby ze względu na zaaranżowaną przez Millera satyrę na zachodni świat. Poprzez przerysowanie i niezwykle żywiołową narrację, u źródeł której była fascynacja Millera francuskim komiksem (zwłaszcza Jacquesem Tardim), autor doskonale oddał na komiksowych kartach szaleństwo wynikające z nieskończonego przełączania kanałów telewizyjnych. Podobnie jak w rewelacyjnym filmie Sidneya Lumeta „Sieć” z 1976 roku, telewizja u Millera sprawuje rząd dusz, nakazujący to, co ma się mówić, co ma się myśleć i co czynić. Ma to swoje konsekwencje w szarości emanującej z ulic Gotham. Miller sprawnie łączy cechy charakterystyczne zarówno dla dystopii Orwellowskiej, jak i tej Hukslejowskiej. Z jednej strony w jego Gotham telewizja pozbawia nas niektórych informacji, a większość z nich upraszcza i spłaszcza, manipulując faktami. I tylko od czasu do czasu na ulicy pojawi się odważny człowiek z wybałuszonymi oczami, niosący na ciele plakietkę o zbliżającym się końcu. Z drugiej jednak strony to rozrywka wprowadza obywateli feralnego miasta w apatię, konsolidując wszystkich w szarym tłumie. Widać to za sprawą rodziców Carrie Kelly, przyszłej Robin, którzy – przejęci wpatrywaniem się w telewizor – nie zauważają ucieczki córki z domu. Nie dość, że prawda tonie w gąszczu nieistotnych, niepowiązanych ze sobą wiadomości, to jeszcze zmasowany atak bodźców płynący na nas z mediów wzmaga w nas samych samolubstwo i bierność.

We władzy ekranu

Co gorsza, wpływ mediów i bodźców wynikających z technologii wykorzystują osoby sprawujące władze. Zarówno Ronald Reagan, jak i burmistrz Gotham zdają sobie sprawę, że posiadając kontrolę nad przekazem medialnym oraz systemem prawnym mogą robić to, co im się żywnie podoba, usprawiedliwiając w międzyczasie każdą podłość. Jeżeli kogoś słuchają, to jedynie ekspertów od promocji, sugerujących im stosowne działania prowadzące do podwyższenia słupków badania opinii społecznej. Doskonale jest to podkreślone pod koniec animowanej adaptacji „TDKR” – Lex Luthor przejmuje władzę nad koncernami medialnymi, co kładzie fundamenty pod sequel „The Dark Knight Strikes Again” (przyjęty przez fanów i krytykę za kontynuację dziwną, groteskową i pozbawioną energii pierwowzoru). Dochodzi do pomieszania ról i wartości, na które odpowiedzią jest przebudzenie Bruce’a Wayne’a. Ponowne pojawienie się Batmana w jego życiu wynika z gniewu i niemożności poradzenia sobie z własną bezsilnością w obliczu zbliżającej się katastrofy, którą chciałby powstrzymać. Wayne nie może tego znieść, więc pozwala swej zwierzęcej naturze wyswobodzić się i zmusza oszalały świat do przystania na pewne zasady oraz ład. Jednakże w realiach, w których szaleńców i zbrodniarzy anonsuje się jako celebrytów, a bojowników w słusznej sprawie przedstawia się niczym bandytów, Batman stoi na (teoretycznie) przegranej pozycji. Dość skrupulatnie zresztą korzysta z tego Joker w trakcie ostatniej potyczki ze swym „umiłowanym” adwersarzem, przekręcając głowę w poharatanym przez Batmana ciele i insynuując swoje własne morderstwo. Szaleniec godzi się na samobójstwo, gdyż wie, że media i opinia publiczna nigdy nie wybaczą Mścicielowi odebrania życia. Tym samym heros staje się kozłem ofiarnym, choć sytuacja ta ufundowana jest na kłamstwie.

Współcześnie, co prawda, Internet zastępuje telewizję satelitarną i naziemną, ale chaos wynikający z przechodzenia jednej strony na drugą oraz zalew informacji jest w zasadzie ten sam, choć zwiększony do nieporównywalnych rozmiarów. Gdy ponownie odżywają zimnowojenne klimaty, a światem wstrząsają polityczne zawieruchy i pożoga, lektura „Powrotu Mrocznego Rycerza” wydaje się być przestrogą przed interesami koncernów medialnych i rządzących. Z drugiej jednak strony to również dzieło ukazujące odżycie bohaterskości w marnych czasach. Heroizmu narodzonego z wściekłości, przejawiającego się w bezkompromisowym buncie. Tylko w ten sposób jeden człowiek może przeistoczyć się w ideę mającą zniszczyć dotychczasowy, przodujący dyskurs, dokonać permanentnej zmiany i nadać ponownie sens startemu, abstrakcyjnemu – wydawać by się mogło – ideałowi sprawiedliwości. Jest to szczególnie ważne w okresie narzekania na brak liderów oraz powszechnego uciekania od odpowiedzialności za sprawy polityczno-społeczne, ginące w gąszczu ustaw, niewydolnej demokracji oraz sporów telewizyjnych, realizowanych raczej dla samouwielbienia, aniżeli realnej debaty. Mowa tutaj o tytanizmie wynikającym z braku obojętności, na którym opiera się obecnie nauka odkrywania w sobie bohatera, popularyzowana przez Profesora Philipa Zimbardo. W tym ujęciu Batman Millera jest intrygującym bohaterem literackim – za sprawą swoich dylematów, poczucia winy i motywacji napędzającej go do działania. To postać wiarygodna, ujmująca, świadoma swego mroku i krucha jako istota ludzka. Jednakże woli ona, od cichej śmierci w rodzinnym łożu, efektowne rozstanie się ze światem na polu bitwy. Odczuwa spełnienie, walcząc o swoje racje i wartości do końca, a jej niemalże romantycznym marzeniem jest umrzeć bez straty godności. Nawet jeśli mit Mrocznego Rycerza podtrzymywany przez niego zbawia (ratować przypadkowo spotkanych ludzi przed zbirami), jak i szkodzi (inspirować innych szaleńców do działania w jego imieniu). Taka wizja Batmana jest 1 sierpnia wyjątkowo wymowna, jakkolwiek ryzykownie to brzmi…

Korzystałem m.in. z książki: Les Daniels, “Batman: The Complete History”, San Francisco 1999; Grant Morrison, “Supergods. Our World in the Age of Superhero”, Londyn 2012; Piotr Sawicki, „Analiza Powrotu Mrocznego Rycerza”, w: „KZ. Wydanie specjalne. Oblicza superbohaterskiego mitu”, Warszawa 2012; Bruce Scivally, “Billion Dollar Batman”, Wilmette 2011; Łukasz Słoński, „Walka w medialnym świecie.Przemoc i telewizja w „Powrocie Mrocznego Rycerza””, w: „Zeszyty Komiksowe” nr 15, Poznań 2013.

Frank Miller, Lynn Varley, Klaus Janson: „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” („Batman: The Dark Knight Returns”), wydanie II poprawione. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Egmont. Warszawa 2014.

Autorem powyższego artykułu jest założyciel i głównoprowadzący bloga „Gotham w deszczu” Michał Chudoliński – Krytyk komiksowy i filmowy. Prowadzi zajęcia w Collegium Civitas z zakresu amerykańskiej kultury masowej, w szczególności komiksów („Mitologia Batmana a kryminologia”). Przez lata związany z „Magazynem Miłośników Komiksu KZ” jako redaktor naczelny. Pomysłodawca i redaktor prowadzący bloga „Gotham w deszczu”. Realizował projekt „O popkulturze na serio” dla Centrum Kultury w Żyrardowie. Współpracował z „Polityką”, „2+3D”, „Nową Fantastyką”, „Czasem Fantastyki”, Polskim Radiem oraz magazynem „Charaktery”. Pełnił funkcję kuratora Sekcji Mitów Popkultury na festiwalu filmów dokumentalnych DOCS AGAINSTGRAVITY FILM FESTIVAL (wcześniej PLANETE+ DOC FILM FESTIVAL). Jako manager Laboratorium Reportażu Uniwersytetu Warszawskiego pomagał Markowi Millerowi m.in. przy pracach nad książką z elementami reportażu komiksowego „Papież i Generał”. Obecnie pracuje w TVP.

Korekta: Mikołaj Dusiński, Aleksandra Wucka.

Oceń wpis:
[Głosów: 2]
Aktualność Powrotu Mrocznego Rycerza written by Chudyśrednia ocen5/5 - 2oceny użytkowników